Piotr Zabłocki: - Słyniesz z waleczności, twardego charakteru. Kiedy się u ciebie narodziła ta wojowniczość? Nie byłeś w końcu cudownym dzieckiem polskiej siatkówki.

Michał Kubiak: - Nie byłem. Kiedyś była taka tendencja, teraz się od tego odchodzi, że do siatkówki wybierało się bardzo wysokich chłopaków. A ja byłem szybki, ale nie miałem dwóch metrów. Dlatego musiałem przejść inną drogę, do siatkówki trafiłem przez siatkówkę plażową.

Miałem niefarta, było kilku trenerów, którzy rzucali mi kłody pod nogi, ale ojciec z mamą tak mnie wychowali, że się nie poddawałem. Mam też starszego brata, od zawsze rywalizowaliśmy. I ja zawsze, dokąd sięgnę pamięcią, chciałem wygrywać. A jak przegrywałem - płakałem. Potrafiłem siedzieć w kącie hali po meczu i płakać. Mam to gdzieś na kasetach VHS nagrane.

Ale teraz wiem, że to była droga do sukcesu. Zostałem wychowany, żeby walczyć do końca. Wiedziałem, że chcę dotrzeć na top, a tym, którzy mnie skreślili, chciałem pokazać, że się pomylili.

Jesteś boiskowym kozakiem...

- Eee, chyba nie kozak. Po prostu nie odpuszczam.

Jasne. "Nie płacą mi za to, żebym był miły". "Jak ktoś ma pretensje, to niech idzie się poskarżyć". To twoje wypowiedzi.

- Bo tak jest. Wychodzę na boisko, żeby wygrać. Czasami jednak brakuje motywacji. Nie jesteś w stanie grać na 100 proc. przez cały rok. Wtedy wychodzę na boisko i szukam jednego zawodnika w drużynie przeciwnej, któremu chcę coś pokazać, udowodnić. I to jest moja motywacja.

Nie bądź taki skromny. Jesteś znany z wkurzania przeciwników. To twoja wypracowana metoda czy cecha charakteru?

(śmiech) To się dzieje spontanicznie. Nie wychodzę na mecz z myślą, żeby komuś nawrzucać. Ale gdy widzę, że spojrzałem dłużej na kogoś, a on złapał haczyk, jeśli wiem, że mogę go tym wyprowadzić z równowagi, to nie odpuszczam. Robię milion rzeczy, żeby myślał o mnie, a nie o meczu.

Jakich rzeczy?

- Tajemnica zawodowa.

No dobra, to pomaga?

- Drużynie? Skoro jeden zawodnik jest zdekoncentrowany, to pomaga. Jestem tak silny mentalnie, że mnie to nie wyprowadza z równowagi. Potrafię skupić się na graniu i jeszcze wyprowadzić z równowagi przeciwnika. On się gotuje, nasza drużyna na tym zyskuje.

Ale kontrolujesz to?

- Teraz już tak. Kiedyś bywały momenty, że nie kontrolowałem, że mnie ponosiło. Byłem młodszy, to byłem narwany. Chciałem wygrać taką prywatną wojenkę i czasami sam traciłem koncentrację. Dziś 99 proc. spraw, które się dzieją na boisku, potrafię rozwiązać na swoją korzyść.

Nie odpuszczasz.

- Nie wymiękam. To jest takie zdanie, które powtarzał mi ojciec. Dotyczy zresztą nie tylko sportu. "Nie wymiękaj" mówił, żebym nie odpuszczał nikomu i nigdy. Jak mnie to nieraz denerwowało i irytowało, doprowadzało do szału... Za każdym razem, gdy chciałem odpuścić, on to mówił, a ja się w środku gotowałem. Ale wiedziałem, że chce mi pomóc, napędzić mnie, żebym był tym, kim dzisiaj jestem. I ja mam w głowie to jego "nie wymiękaj".

Michał KubiakFot. Albert Zawada

Życie sportowca to również zgrupowania, wyjazdy, treningi... Ile dni rocznie spędzasz poza domem?

- Ostatnio to liczyłem, wyszło mi, że 260 dni.

260 dni w roku?! Jak to łączysz z życiem rodzinnym?

- Najbardziej cierpi na tym moja córka. Na razie ma 2,5 roku, ale już pyta: "Tata, gdzie ty jesteś? A kiedy wrócisz? A po co jedziesz?". Na szczęście rozumie. Kibicuje mi przed telewizorem i na hali. Poza tym gram również dla niej, żeby miała lepszy start w życiu i mam nadzieję, że kiedyś będzie mi za to wdzięczna.

Gdy jestem w domu, staram się z nią spędzić tyle czasu, ile się da. No i oczywiście jestem tak stęskniony, że jestem trochę za luźny dla niej. Jak przyjeżdżam na dwa dni, a ona pięć razy wyciąga mnie na lody, to co mam powiedzieć? Mówię: "No dobra".

To jest też trudne dla twojej narzeczonej...

- Całe szczęście Monika potrafiła poświęcić swoją karierę, żebym ja mógł realizować marzenia. Oczywiście mamy tego plusy, ale to było trudne dla niej, takiej aktywnej osoby. Całe szczęście dogadujemy się świetnie, poznaliśmy się, gdy miałem 14 lat...

Ile?!

- 14. A gdy miałem 15, zaczęliśmy ze sobą chodzić.

Gdzie się poznaliście?

- Na osiedlu. Ja się przeprowadziłem, ona już tam mieszkała. Wiadomo, dokuczaliśmy sobie, ja jej zabierałem buty z tornistra, takie tam historie. A potem zaczęliśmy się spotykać i po kilku miesiącach wiedziałem, że to jest to.

Monika powiedziała nawet kiedyś: "Pojedziemy z tobą nawet na koniec świata". I teraz wyprowadzamy się na koniec świata. Monika też lubi poznawać nowe kraje, więc cieszymy się na wyjazd do Japonii.

Zanim zajmiemy się Japonią, zostańmy w Turcji. Jeszcze kilka miesięcy temu zaklinałeś się w wywiadach, że nie wyjedziesz stamtąd mimo zamachów...

- Zmieniłem zdanie. Na początku ataki terrorystyczne były wycelowane w wojsko czy policję. Ginęli cywile, ale nie byli głównym celem. Wydawało się, że jeśli będziemy zachowywali się rozsądnie, to nie mamy się czego obawiać.

Ale potem to się zmieniło, celem ataków stali się cywile. W Turcji było nam dobrze, ale chcieliśmy żyć, nie bojąc się wyjść do restauracji. Musieliśmy zrezygnować z przedszkola dla córki, bo trzeba było przejeżdżać przez dzielnicę ambasad w Ankarze. A to był potencjalny cel zamachów.

W Ankarze było niebezpiecznie?

- Tak się zrobiło. Impulsem do wyjazdu był właśnie zamach. To była jakaś niedziela, piękna pogoda, pojechaliśmy za miasto do zabytkowego zamku, z którego jest piękny widok na Ankarę.

Żeby tam dotrzeć, musieliśmy przejechać przez najbardziej ruchliwą dzielnicę w Ankarze. Gdy mieliśmy wieczorem wracać, Monika stwierdziła, że pojedziemy inną drogą, bo tam będzie korek. Wróciliśmy, wchodzimy do domu, włączamy telewizor i słyszymy, że był zamach z Ankarze. Gdzie? Na tej drodze, którą mieliśmy wracać. Powiedzieliśmy sobie: "Dość. Wyjeżdżamy".

Jak zareagował klub?

- Chcieli nam pomóc za wszelką cenę i rozumieli nasze obawy. Zareagowali super, bo pozwolili mi odejść, a miałem jeszcze kontrakt na następny rok.

Michał KubiakFot. Albert Zawada

Odszedłeś i teraz zaczynasz grać w Panasonic Panthers. Czemu wybrałeś Japonię?

- Przede wszystkim dlatego, że chcemy poznawać świat, nie chcemy siedzieć w jednym miejscu.

Nie wiem, jaki jest poziom sportowy w Japonii. Ale przed wyjazdem do Turcji ludzie mi mówili, że się cofnę, że poziom dramatyczny. A jednak zrobiłem duży postęp nie tylko jako zawodnik, ale także jako człowiek, i poznałem kawałek świata. Wiem, jak wygląda życie w innym kraju, religia, kultura.

Oczywiście są też kwestie finansowe. W Japonii można zarobić nieporównanie więcej niż w Europie. Ale nie to było decydujące. Zaczynając na poważnie karierę siatkarską, powiedziałem sobie, że chcę zagrać jeszcze w czterech ligach: tureckiej, japońskiej, brazylijskiej i rosyjskiej. Mam nadzieję, że to mi się spełni.

Twoja narzeczona wie, że jeszcze ją czeka przeprowadzka do Rosji i Brazylii?

- Tak, wie (śmiech). Na Rosję trochę kręciła nosem, ale do Brazylii jest lepiej nastawiona. Pewnie też dlatego, że gdy tam trwa sezon, to jest lato.

A jak podchodzi do Japonii?

- Monika była w Tokio, podobało jej się. Stwierdziliśmy, że jeśli wyjeżdżać, to teraz. Póki jeszcze córka nie musi chodzić do szkoły. To jest kompletnie inna kultura. Chcemy zobaczyć, jak tam się mieszka, a nie tylko pojechać na kilka tygodni.

Poza tym chcę zobaczyć, jak wygląda siatkówka w Japonii. Mogę podszkolić swoje umiejętności defensywne, bo oni na obronie i dobrym przyjęciu bazują. To też zależy ode mnie, jakie będę miał nastawienie. Chcę się czegoś nauczyć i jadę tam z otwartą głową.

Interesowałeś się wcześniej kulturą japońską? Anime na przykład?

- Nie, nigdy nie oglądałem Tsubasy. (śmiech) To był piłkarz, a ja za piłką nożną nie przepadam. Delikatnie mówiąc. I nigdy nie interesowałem się samurajami. Po prostu w 2011 r. pojechałem do Japonii i bardzo mi się ten kraj spodobał. Chciałem tam wrócić i pomieszkać. Gdybym nie grał w siatkówkę, toby nie było mi dane, żebym powiedział swojej narzeczonej: "Słuchaj, pojedziemy na dwa lata do Japonii", a teraz mam taką okazję.

A potem, wiadomo, Rosja i Brazylia.

Zobaczymy, co przyniesie życie.