Powiedzmy sobie od razu: najnowsze dzieło Antoniego Krauzego to produkcja dalece nieudana, której miejsce już na zawsze powinno pozostać w słowniku obok wyrazu "łopatologia". W filmie nie zachwyca w zasadzie nic, z wyjątkiem muzyki Michała Lorenca i Lecha Łotockiego, który wciela się w postać Lecha Kaczyńskiego. Jestem jednak daleki od twierdzenia, że "Smoleńsk" to najgorszy film w historii; z miejsca wymienię multum gorszych tytułów. W jakiś sposób, paradoksalnie, idealnie realizuję pewną tvnowską wizję. Pamiętacie pewnie, że TVN jakiś czas temu nakręcił kilka biograficznych historyjek - otrzymaliśmy m.in. produkcje o Agacie Mróz czy Przemysławie Salecie. Ich wartość artystyczna była raczej znikoma, a w większość ról wcielali się aktorzy znani wyłącznie koneserom rodzimego serialowego poletka. Telenowelowy styl tamtych filmów i wyłącznie nieudolne próby zmierzenia się z pewnymi demonami, to aspekty, które odnajdujemy w "Smoleńsku" niemal na każdym kroku.

Strasznie mi smutno - biorąc pod uwagę tematykę i podniosły gdzieniegdzie nastrój - że w kontekście tej premiery muszę mówić o śmiechu i rozbawieniu. Ale o ile twórcy, na czele z Antonim Krauze, nie zdali egzaminu to jednak otrzymali warunkowy wpis na kolejny rok. Bo momentami widać rękę mistrza. Choćby w otwierającej sekwencji, nieźle budującej napięcie, czy nawet w finałowej scenie, która, moim zdaniem, niesłusznie została już wepchnięta w poczet najbardziej żenujących sekund światowego kina. Media natomiast oblały egzamin sromotnie i z hukiem zostały skreślone z listy studentów.

Bo dzięki "Smoleńskowi" doskonale widać, co się z tymi naszymi mediami stało. Jeżeli w pewnych kręgach funkcjonuje niemierzalny byt, który lotne umysły już dawno temu nazwały "sektą smoleńską", to po przeciwległej stronie barykady zadomowiła się - trzymając się konwencji - "sekta antysmoleńska", z uporem maniaka przekonująca, że dzieło Antoniego Krauzego to najgorszy film wszech czasów.

Opierając się popieranym wersjom wydarzeń - to w końcu jak wieść gminna niesie kwestia faktów, a nie wiary - przeanalizujmy, co złego wydarzyło się w dziennikarstwie w ostatnich dniach. Przyjmijmy nazewnictwo uproszczone jak wszystkie materiały na temat "Smoleńska": media prawicujące i media nieprawicujące.

MEDIA NIEPRAWICUJĄCE

Tutaj prym wiedzie naTemat, który już dawno temu przestał udawać obiektywny portal internetowy. Jeśli nie starcza ci sił na wgłębienie się w teksty (musisz wiedzieć, że samo dotarcie poza lead wymaga olbrzymiego uporu i samozaparcia), wystarczy, że spojrzysz na facebookowy fanpage serwisu.

Już kilka dni przed premierą naTemat obwieścił, że "Smoleńsk" będzie absolutną frekwencyjną klapą. Prorocy? W mocnym tekście pt. "Polacy nie rzucili się na "Smoleńsk", Katarzyna Zuchowicz podpiera swoje tezy... screenami z serwisów rezerwacyjnych dużych kinowych sieci! Wyciąganie dosadnych wniosków na tak lichej podstawie to jak twierdzenie po przebudzeniu, że wieczorem nie będzie padać, bo po niebie suną tylko małe chmurki.

W innym tekście niejaki Piotr Maciej B.C. przekonuje, że "Smoleńsk" niespecjalnie go rozczarował, bo, cytując autora, "to, że ten film będzie słaby wiedzieliśmy od dawna". Komplikacje na etapie produkcji (fakt, że spore) to w światowej kinematografii nic nowego, ale dziennikarzowi wystarczyło, by jeszcze przed premierą zaszufladkować produkcję.

W ogóle kategoryczne stwierdzenia, jakoby dzieło Antoniego Krauzego było najgorszym filmem wszech czasów to w nieprawicujących mediach przysłowiowy chleb powszedni. Ja dostrzegam w tym wszystkim przejawy tchórzostwa, bo wszelkie dosadne opinie są momentalnie okraszane tłumaczeniem, że "ja to się na kinie w zasadzie nie znam". Bardzo asekurancki zabieg, zapewniający zapewne spory komfort i bufor bezpieczeństwa, ale przekaz robi swoje. Zabawne też, że recenzenci różnej maści pozycjonują się jako ostoje obiektywnego dziennikarstwa i zarzekają się, iż w swojej analizie pochylą się wyłącznie nad aspektami warsztatowymi. To zabawne, bo kilka słów później, z kolejnych akapitów, bije sążnista krytyka ideologicznych aspektów filmu i to, co miało być recenzją dzieła filmowego staje się recenzją pewnej wizji świata.

W ten nurt w pewien sposób wpisuje się choćby "Krytyka Polityczna". Marcin Napiórkowski już w drugim akapicie pisze: "nie jestem ekspertem od filmu ani nawet szczególnie zapalonym kinomanem, więc może ten rekord dałoby się wyrównać, ale jak dotychczas "Smoleńsk" to najsłabszy film, jaki w życiu widziałem". Żeby było jasne - nikomu nie odmawiam prawa do krytyki. Ale jeśli chcemy stać się przodownikiem publicznej debaty, nie powinniśmy korzystać z półśrodków. Z tym materiałem warto jednak zostać do końca, bo autor przekonuje potem - używając intrygującej argumentacji - że produkcja Antoniego Krauzego to film pornograficzny.

Nie zapominajmy również o "Newsweeku", który w piątek przeprowadził facebookowego live'a sprzed Złotych Tarasów (a kilka dni wcześniej z uroczystej premiery w Teatrze Narodowym). Dziennikarz prowadzący transmisję sarkazm i ironię wyssał prawdopodobnie z mlekiem matki i postanowił dać temu upust praktycznie w każdym zdaniu. Merytoryczna dyskusja po premierowych pokazach szybko przerodziła się w popis dowcipnego redaktora. I niestety sytuacji nie uratowała nawet Karolina Pasternak (dział kulturalny "Newsweeka"), która jak na dziennikarkę filmową prestiżowego tytułu przystało, wypowiadała się merytorycznie i obiektywnie.

MEDIA PRAWICUJĄCE

Za głowę możemy się chwycić również wtedy, gdy przyjrzymy się, co dzieje się w portalach na co dzień raczej sympatyzujących z obecnym obozem rządzącym. Tutaj dostrzegam inną przypadłość. Z większości recenzji aż bije przeświadczenie, że "Smoleńsk" to po prostu słaby film. Ale skrytykować przecież nie wypada, czego konsekwencją są mniej lub bardziej udane ekwilibrystyczne popisy.

Już w kilka godzin po premierze wpadła mi w ręce recenzja Łukasza Adamskiego (wPolityce.pl). Jego tekstów nigdy nie traktowałem przesadnie poważnie - nadmienię tylko, że, delikatnie mówiąc, nasze gusta filmowe zwykle bardzo się rozjeżdżają. Dziennikarz pisze co prawda, że "film broni się na wielu płaszczyznach", jednak pointa jest nad wyraz dwuznaczna: "mam nadzieję, że filmowa opowieść o katastrofie Smoleńskiej nie zakończy się na tym obrazie, a otworzy filmowcom drogę do kolejnych najróżniejszych ideologicznie wizji tej przełomowej dla polskiego narodu katastrofy". Poziom absurdu autor osiąga, gdy stwierdza, że Antoni Krauze "nie był wcale tak daleki, by stworzyć film równie spełniony co "JFK" Olivera Stone'a".

W podobnym tonie jest utrzymana inna recenzja z wPolityce.pl, tym razem autorstwa Marcina Fijołka. Dziennikarz już w tytule pisze, że "film zaboli wiele środowisk, ALE do produkcji można mieć kilka ważnych uwag". Dalej artystyczne zabiegi Krauzego schodzą na dalszy plan, a dzieło - dzięki jasno przedstawionej wizji świata - staje się "filmem dobrym, choć nie rewelacyjnym". To bardzo krzywdząca dla kina opinia, bo sprowadza produkcję do poziomu akademii ku czci, a nie pełnoprawnego dzieła artystycznego (do którego, mimo wszystko, "Smoleńsk" jednak aspiruje).

Równie jednoznacznie jest na portalu Niezalezna.pl, choć, mam wrażenie, tutaj nikogo nie interesuje artystyczny wymiar filmu (we wPolityce.pl recenzenci przynajmniej wiedzą, że obcują z tworem wielce niedoskonałym). Jak pisze w swojej recenzji Grzegorz Wierzchołowski, najważniejsze, że "film zachowuje wierność faktom", a jako całość zdecydowanie się broni "zarówno przed zbyt zjadliwą krytyką jego artystycznych walorów, jak i przed atakiem proputinowskich cyngli".

To nawet bardzo interesujące, jak na własną modłę można interpretować pewne wydarzenia. Wczoraj na jednym z portali przeczytałem nagłówek: "Smoleńsk" przyciąga do kin. Po wejściu na ekrany został liderem rankingu najczęściej wybieranych filmów". Dopiero jeśli zajrzymy do tekstu dowiemy się, że dzieło Krauzego, owszem, stało się najpopularniejszą kinową produkcją weekendu, ale tylko w jednej z kinowych sieci. Na innym portalu czytamy z kolei: "Smoleńsk" ze 107 tys. widzów. Przed nim aż 17 innych filmów". I znów co najciekawsze, występuje dopiero później: dziennikarze zestawili wynik otwarcia filmu z wynikami otwarcia innych produkcji z minionych miesięcy. To samo wydarzenie, ale jakże różne spojrzenia.

Jest mi bardzo przykro, że tak to wszystko wyszło. Oby jednak Łukasz Adamski miał rację i w przyszłości zobaczymy udaną produkcję traktującą o tragedii smoleńskiej. Ot chociażby w połowie tak dobrą jak świetny "Lot 93", który w nieoczywisty sposób opowiada o atakach na World Trade Center.