Właśnie przeżywam drugą w swoim życiu fascynację "Dr. House'm". W ostatnich tygodniach wieczory trwonię głównie na oglądaniu dobrze znanych sezonów oraz polerowaniu kolekcji płyt. Świetnie się składa, bo, zdaniem autora, Marek Kaszowski - jeden z głównych bohaterów "Paradoksu" - ma w sobie coś z ekscentrycznego lekarza.

Igor Brejdygant: - "Dr House" to jeden z najchętniej oglądanych przeze mnie seriali. Kiedy zastanawiam się teraz po latach, z czego wynikało moje zainteresowanie - które z czasem przeszło w przywiązanie do tego formatu - to myślę, że połączyły się w nim trzy niezwykle dla mnie ważne rzeczy.

Kuba Dobroszek: - Jakie?

- Po pierwsze łamigłówki, które uwielbiam! Stąd pewnie moje zainteresowanie kryminałem... Po drugie: hipochondria. Dzięki serialowym intrygom miała wspaniałą pożywkę! Ale przede wszystkim jednak rzeczywiście ciągnął mnie sam House i to, co lubiłem w nim najbardziej, czyli fakt, że w gruncie rzeczy fajny gość robił wszystko, co w jego mocy, żeby być uważanym za niefajnego.

Skąd takie fascynacje?

- Lubiłem to głównie z tego powodu, że świat pełen jest niefajnych gości, którzy udają fajnych, więc z dwojga złego tamta postawa wydała mi się bardziej interesująca. Chyba głównie to przeniosłem do wykreowanej przeze mnie postaci komisarza Marka Kaszowskiego.

W dyskusjach o fenomenie House'a wielokrotnie podkreśla się, że to taki trochę Sherlock Holmes, tyle że w szpitalu. Myśli pan, że genialny Gregory rzeczywiście sprawdziłby się w policji?

- Ciężko powiedzieć. Wiem jednak, że wiele jego cech z pewnością przydałoby się naszym śledczym.

Na przykład których?

- Oczywiście mam na myśli przede wszystkim niewątpliwą błyskotliwość jego umysłu. Do tego wskazałbym na bardzo przydatną - choć nieułatwiającą życia - umiejętność stawania w poprzek ogólnym przekonaniom, a często nawet narzucającym się przesłankom.

A do pisania książek? Myśli pan, że dr Gregory House byłby dobrym pisarzem?

- O ile wiem Dr House, czyli Hugh Laurie, który - w co nie wątpię - wlał w graną postać spory kawał swojej osobowości, oprócz tego, że jest muzykiem, komikiem i aktorem, to także popełnił po drodze książkę i to zdaje się nawet książkę kryminalną! Proszę to potraktować jako moją odpowiedź (śmiech).

Zostawmy dr. House'a, skupmy się na Marku Kaszowskim. To dobry glina? Pytam, bo wydaje się być postacią, dla której cel uświęca środki, bez względu na okoliczności.

- Z całą pewnością cel nie uświęca środków, a ludzie, którzy tak uważali i postępowali wedle takiej zasady, zapisali się jak najgorzej na kartach historii. Natomiast jeśli chodzi o sytuacje, które ciężko oceniać wedle przyjętych zasad, to na swój użytek nazywam je paradoksami i to o nich właśnie piszę w książce pod tym samym tytułem.

Zdaniem Bogusława Lindy, serial - a potem również powieść - to jedyna polska historia kryminalna, w której "o coś chodzi". To właśnie przez te paradoksy?

- W serialowym "Paradoksie", a mam nadzieję, że w książkowym jeszcze bardziej, opowiadam losy i relacje całej grupy ludzi wzajemnie od siebie zależnych. Główną parę stanowi tu duet Kaszowskiego i komisarz Majewskiej, ale tych relacji jest znacznie więcej. Myślę, że chodzi głównie o to, że w postawach ludzi nic nie jest jednoznaczne i ostatecznie określone, wszystko jest czymś warunkowane. I właśnie to czyni ludzi i kierujące nimi motywacje tym bardziej interesującymi.

Jak to było tchnąć w tych ludzi i w te motywacje zupełnie nowe życie?

- Ciekawie. Znając z grubsza losy poszczególnych intryg kryminalnych, które opowiadam w książce, żeby nie ulec rutynizacji i znużeniu musiałem tym bardziej zainteresować się swoimi bohaterami, ich życiem, otoczeniem, emocjami, przemyśleniami.

To nie przeszkadzało?

- Zrobił mi się z "Paradoksu" taki jakby dodatkowy kryminał w kryminale, próba odpowiedzi na pytanie: "kim są moi bohaterowie", zabrała moją wyobraźnie w naprawdę interesującą podróż.

A forma? Scenariusz znacząco różni się od książki. W tym aspekcie wyobraźnia również mogła powariować?

- Obie te rzeczy są na swój sposób trudne. Ujmując rzecz najkrócej, w jednym przypadku trzeba kijek pogrubasić a w drugim pocienkować. W jednym trzeba bohaterów zbudować z maleńkich klocków, w drugim trzeba podjąć próbę naszkicowania ich, redukując ilość informacji, a jednocześnie nie tracąc nic z ich charakteru i motywacji. To samo dotyczy samych intryg, które na potrzeby serialu, szczególnie serialu z historiami opowiadającymi się w jednym odcinku, trzeba opowiadać jak najbardziej skrótowo, nie tracąc jednak nic z ich logiczności, w przypadku powieści należy natomiast opowiadać je jak najbardziej szczegółowo i rzetelnie, nie lejąc przy tym oczywiście wody.

Chyba się udało, bo "Parodks" zbiera niezłe recenzje. Jednocześnie kinowe ekrany podbija nowa część "Pitbulla". Polacy potrzebują opowieści o twardych policjantach?

- "Paradoks" i "Pitbull" choć opowiadają rzeczywiście o twardych policjantach, dosyć się jednak od siebie różnią. "Pitbull" to rzecz, w której prawda czasu próbuje - z niezłym zresztą skutkiem - stać się prawdą ekranu. W "Paradoksie", który z całą pewnością nie jest tak werystyczny, więcej jest za to o ludziach i o meandrach ich świata wewnętrznego. W pewnym skrócie chyba można powiedzieć, że w "Pitbullu" więcej jest o skutkach, a w "Paradoksie" o przyczynach. Odpowiadając zaś bardziej bezpośrednio na pytanie, mam wrażenie, że rzecz nie dotyczy tylko Polski, chyba cały świat chce oglądać tak zwaną prawdę i najlepiej, żeby prawda ta okazywała się jak najbardziej twarda i brutalna. Takie widać nastały czasy.

Paradoks - to intrygujące historie i zaskakujące rozwiązania. Wprawdzie metody śledcze Kaszowskiego bywają nie do końca zgodne z literą prawa, za to zawsze są zgodne z jego specyficznym poczuciem sprawiedliwości. 
Bo Marek Kaszowski to samowolny i trudny we współpracy inspektor, który zrobił kiedyś coś strasznego. Ale jednocześnie jest doskonałym śledczym, o jasno ustawionych priorytetach: pragnie przede wszystkim dopaść przestępców i chronić niewinnych ludzi.

Ebook jest dostępny w Publio.pl >>

Paradoks