Kuba Dobroszek: - Kiedy jechał Pan ostatnio autobusem?

Jakub Żulczyk: - Dzisiaj. I wczoraj. Często podróżuję komunikacją miejską, bo wciąż nie mam prawa jazdy.

Ludzie mieli nosy wlepione w komórki, a może czytali? Widział Pan kogoś z książką?

- Zawsze widzę kogoś z książką. Najwięcej ludzi czyta w metrze. Kindle, książki papierowe, tablety - są widoczne. Mam w dodatku taki brzydki nawyk, że jeśli ktoś siedzi obok i czyta na tablecie książkę, to odruchowo zerkam mu przez ramię. Nie tyle interesują mnie tytuły, bo w to się nie wgłębiam. Śledzę poszczególne zdania, akapity. Które książki są najpopularniejsze, można sprawdzić we wszelakich zestawieniach typu TOP Empiku.

Tam królują kryminały, literatura faktu i książki o tym co zrobił taki czy owaki celebryta lub co zrobić zamierza. Mamy dobry gust?

- Trudno mi stwierdzić, czy Polacy mają dobry gust, bo co to właściwie oznacza: mieć dobry gust? Zresztą o gustach się nie dyskutuje. Mnie szkoda jest czasu na książki i filmy, które mnie nie interesują. Po pierwsze, jestem zbyt zajęty. Po drugie, staram się dobrze wykorzystywać czas. Nie kręci mnie np. literatura popularna, ale nie dlatego, że jest zła czy gorsza od tzw. literatury artystycznej.

To dlaczego?

- Bo kiedy czytam książkę opartą na jakimś zwrocie akcji, a główną frajdą jest odgadnięcie, co się dalej wydarzy, to po prostu bardzo często zgaduję, jaki będzie rozwój akcji. Sam piszę książki i scenariusze, więc wiem, jak to działa. Potrafię wczuć się w to, jak autor myśli. Literatura popularna rzadko mnie zaskakuje. Co nie znaczy, że wartościowe książki nie mogą być popularne, nie kreowałbym sztucznego podziału.

Z tym, że większość najpopularniejszych obecnie książek to twory, delikatnie mówiąc, pokraczne. Chociażby "50 twarzy Greya".

- Jeśli taką książkę kupi dziesięć milionów osób i z tych dziesięciu milionów choć jeden procent sięgnie po jakieś lepsze publikacje to super! To znaczy, że warto było, żeby te "50 twarzy Greya" ktoś napisał i żeby ono się ukazało. Co więcej: takie złe, ale popularne książki podtrzymują finansowo rynek wydawniczy, dzięki czemu ma on środki na funkcjonowanie lepszych rzeczy, nie będących masowymi.

Jak należy w ogóle rozumieć pojęcie: "literatura popularna"?

- To pytanie nie do mnie.

Chyba jednak do Pana, bo dla wielu czytelników to właśnie pańskie książki są literaturą popularną.

- Być może.

Więc?

- Może dlatego, że są osadzone w konkretnych konwencjach gatunkowych? Może dlatego, że czasami chodzi w nich o jakąś zagadkę? Mnie się wydaje, że jestem jedną nogą w literaturze gatunkowej, kryminale lub thrillerze. To zależy, co wezmę sobie na tapetę.

Druga noga jest gdzie?

- W pisaniu, w którym, moim skromnym zdaniem, chodzi o coś więcej. O opisanie świata, zadawanie sobie pytań go dotyczących. O zastanowienie się nad człowiekiem, kondycją ludzką. Proszę pamiętać, że nie jestem jedynym autorem, który robi taki szpagat. Wydaje mi się, że jest nas coraz więcej.

Łatwo w tym szpagacie się utrzymać?

- Bynajmniej. Przed rozpoczęciem pisania nie zakładam sobie żadnej strategii. Kiedy startuję z nowym projektem literackim nie zastanawiam się nad tym, w jakim gatunku on będzie. Ile będzie w nim plotu, a ile tej wartości dodanej. Opowiadam historie, które przychodzą mi do głowy. To bardzo intuicyjna praca. Zależy mi, żeby moje kolejne dzieła - czy to literackie, czy filmowe, były spójne. A to, czy ja stworzyłem w 60 procentach kryminał, a w 40 jakąś diagnozę rzeczywistości, mnie, jako autora, w ogóle nie obchodzi. Tym się zajmują krytycy.

Kolega starał się wydać książkę. W jednym z wydawnictw powiedziano mu, że napisał świetną powieść, ale może stworzyłby kryminał, bo one się lepiej sprzedają.

- Pewne mody wydawnicze powracają co jakiś czas. Wydawcy mają twarde dane sprzedażowe, więc wiedzą, na czym można zarobić. Spodziewam się, że część ludzi sięgnęła po moje książki, bo szukała w nich czegoś na kształt kryminału. Może gdybym nie miał ugruntowanego nazwiska, to wydawcy nakłanialiby mnie do jakichś konkretnych gatunków? Banalnie to zabrzmi, ale receptą jest robić swoje.

Chce Pan powiedzieć, że autorzy nie kierują się pragmatyzmem? Że to tylko domena wydawców?

- Nie chcę mówić o kolegach i koleżankach po fachu. To ich sprawa. Mnie raz się zdarzyło napisać książkę na zlecenie.

Jakie?

- Od Naszej Księgarni. Chodziło im o książkę dla młodzieży. Stworzyłem "Zmorojewo" i ono cały czas gdzieś tam funkcjonuje. Ale przystałem na taką propozycję tylko dlatego, że akurat wtedy mnie to interesowało. Chciałem się sprawdzić w konkretnej konwencji. W innym przypadku bym się nie zgodził. Jeśli książka jest dobra, to nieważne, z jakich pobudek powstała. Dostojewski pisał totalnie dla pieniędzy, bo był hazardzistą. Hemingway też tworzył, bo chodziło mu o kasę.

Scenariusze też były dla pana jakąś odskocznią?

- Teraz są dla mnie tak naprawdę drugą pracą, bo robię to od paru lat. Dopiero co zacząłem pewien projekt scenariuszowy, o którym nie mogę jeszcze mówić. Ale też jest czymś, czego wcześniej w ogóle nie robiłem. Kolejne wyzwanie.

Łatwo było się przestawić na tworzenie scenariuszy?

- Scenariusz i książka to dwie różne rzeczy. Najważniejsza róż- nica jest taka, że książka to dzieło samoistne, a scenariusz nie. Jest tworem w służbie obrazu. Jeśli nie zostanie zrealizowany, to przecież potem nikt go nie będzie czytał. Scenarzysta, w zasadzie, jest kimś w rodzaju podwykonawcy. Poza tym scenariusz od początku musi być dobrze rozpisany: trzeba wiedzieć, jak się historia skończy, co zrobią bohaterowie.

Lubi Pan pisać?

(cisza)

Szczepan Twardoch powiedział kiedyś, że nienawidzi pisać, za to kocha wymyślać historie.

- "Lubić" to kiepskie słowo w tym kontekście. Zwłaszcza jeśli robi się to zawodowo. Lubię zjeść deser po obiedzie albo posłuchać muzyki. A z pisaniem? Po prostu to robię. Są momenty, kiedy to kocham, ale są takie, kiedy tego nie znoszę. Są też chwile, kiedy jest mi to obojętne. Piszę regularnie i dużo, pracuję codziennie. Więc jeśli robi pan coś codziennie, to ta praca przechodzi przez różne momenty i stany życia. I te lepsze, i te gorsze. Równie dobrze mógłby się mnie pan zapytać, czy lubię jeść. Na pewno nie egzaltuję się swoją pracą.

Kiedy są momenty, kiedy nie trawi pan pisania?

- Na pewno wtedy, kiedy się pogubię i zabrnę w złą uliczkę. Trzeba dużo poprawiać, zdać sobie sprawę z popełnionego błędu. Sam na przykład po sobie bardzo ostro poprawiam. Wtedy rzeczywiście jest kiepsko, bo przychodzą kryzysy.

Przy "Wzgórzu psów" dużo było takich momentów?

- Jak zawsze.

Wątków autobiograficznych pojawiło się w nowej książce sporo? Stwierdził pan kiedyś, że nie da się pisać w odizolowaniu od nich.

- Nie powiem.

Wstydzi się Pan przyznać?

- To nie ma znaczenia. Nigdy. Nie ma sensu się zastanawiać, co jest w książce zmyślone, a co nie. Powieść jest powieścią. Ma zabierać w wykreowany świat. Autor zawsze jest mniej ciekawy od swoich dzieł. Czego bym o sobie nie powiedział, i tak będzie to mniej interesujące od historii, które wymyślam. Zwłaszcza że podczas pracy wypełniam się tymi historiami, więc zostaje mi tak naprawdę mało miejsca na bycie sobą. Myślę wręcz, że na co dzień jestem płytką osobą.

To niech pan chociaż powie, czy dużo tego jest.

- Na pewno relacje głównego bohatera z rodziną są wymyślone, bo moja rodzina to normalni ludzie, z którymi mam fajny kontakt. A co we "Wzgórzu psów" jest prawdziwego, niech pozostanie tajemnicą. Czy dużo? Nie wiem. Jakiej odpowiedzi pan oczekuje? Nie jestem w stanie swojej książki przecedzić przez jakieś sito. Kiedyś napisałem powieść "Instytut". Tam była postać babci, która w jednej z retrospekcji używa pewnego powiedzonka. Kiedy ojciec przeczytał tę książkę, to stwierdził, że moja prababcia tak kiedyś mówiła. Ktoś mi musiał to wcześniej powiedzieć, bo moja prababcia umarła, jak byłem mały. Podświadomie to zapamiętałem i bezwiednie użyłem.

We wcześniejszych książkach pisał pan o świecie, w którym dorastał. Teraz zajął się pan światem ze swojego dzieciństwa. W kogoś Pan uderza?

- Krytycy twierdzą, że we wcześniejszych powieściach oberwała celebrycka Warszawa. Nie chciałem w nikogo uderzyć. Zależało mi na opowiedzeniu pewnej historii. Gdybym chciał w kogokolwiek uderzać, to zostałbym zawodnikiem MMA.

To o czym miało być "Wzgórze psów"?

- Opowiadanie o książce - zwłaszcza ludziom, którzy jej nie przeczytali - jest dla mnie trudne.

Czyli jest Pan jednym z tych młodych buńczucznych autorów, którzy twierdzą, że do książki nie ma co zachęcać, bo ona musi obronić się sama.

- To mroczna historia o powrocie do domu i próbie zmierzenia się ze swoją przeszłością. Ponadto to pewien portret małej społeczności: mroczny i przejmujący. No i to książka o tym samym, o czym było "Ślepnąc od świateł", a więc o przemocy. Tyle potrafię powiedzieć.

Czym Pan zaskakuje fanów we "Wzgórzu psów"?

- Strasznie pan uparty (śmiech). Nie wiem, czy czytelników trzeba zaskakiwać nagłymi artystycznymi woltami. Są autorzy, którzy po kilkanaście razy piszą tę samą książkę i nieźle im to wychodzi. Czytelnicy wręcz tego oczekują. Ja nie wiem, czym mogę zaskoczyć we "Wzgórzu psów", bo ta książka nie jest radykalnym zwrotem w mojej twórczości. Ludzie znający moje dokonania wiedzą, czego się spodziewać. Natomiast mogę mieć nadzieję, że sama historia ich zaskoczy, bo wydaje mi się, że na paru płaszczyznach jest zaskakująca. Ale jak powiem na jakich, to przestanie taka być. Chyba większość pisarzy jest kiepska w zachwalaniu swoich dzieł...

Pierwsza historia, którą pan napisał w wieku sześciu lat, to opowieść o wikingach. Zostało w panu jeszcze coś z tego sześciolatka?

- Mam nadzieję, że tak. Dzieci charakteryzują się ciekawością świata i żywą wyobraźnią, a to niezbędne narzędzia do fajnego pisania. Liczę, że w jakiejś szczątkowej formie dalej to posiadam. Pamiętam, że gdy pisałem jako dzieciak, to dla mnie była to zabawa. Bo wszystko, co robi sześciolatek, jest zabawą. Teraz pisanie czasami wciąż mnie autentycznie bawi.

Dzieciaki są też mniej asekuranckie w tym, co robią. To dlatego maluchy najłatwiej nauczyć jazdy na nartach.

- Ciężko mi się zdobyć na refleksję o wychowywaniu dzieci. Nie mam swoich, więc mało na ten temat jeszcze wiem. Mogę tylko sięgnąć pamięcią do czasów, kiedy byłem kilkulatkiem. A pamiętam to całkiem nieźle, bo pamięć mam dobrą.

Jakie ma pan pierwsze wspomnienie?

- Nic specjalnego. Jakieś mgławicowe typu światło w pokoju. Pamiętam za to, jak w wieku czterech lat zgubiłem się w lesie. Spacer z babcią. Byłem za mały, żeby się bać, za to babcia się przestraszyła. Teraz, kiedy o tym opowiadam, myślę, że w jakiś sposób może się to łączyć z nową książką, bo jej bohaterowie dosłownie i w przenośni co rusz gubią się w lesie. Tych wątków autobiograficznych we "Wzgórzu psów" może być jednak więcej, niż mi się wydawało...

Jakub Żulczyk - Pochodzący z Mazur, jeden z najoryginalniejszych polskich pisarzy młodego pokolenia. Debiutował w 2006 r. i od tego czasu wydał kilka świetnie przyjętych powieści. Był nominowany do Paszportu Polityki. Pisze również scenariusze - współtworzonym przez niego serialem "Belfer" żyła kilka miesięcy temu cała Polska. Niedługo historia powróci w drugim sezonie. Obecnie Żulczyk zaczął pracę nad innym scenariuszem. - To dla mnie coś zupełnie nowego - zapowiada autor.