Z Marcinem Staniszewskim - spiritus movens całego projektu - rozmawia Michał Karpa.



Beneficjenci Splendoru to twoje muzyczne alter ego. Ale liczba mnoga w nazwie jest uzasadniona z racji współpracowników.

Wokalnie najczęściej wspiera mnie Iza Lamik, która jest rewelacyjną wiolonczelistką po akademii muzycznej i do tego genialnie śpiewa. Bardzo podoba mi się jej barwa, miękka i senna. Poza tym praca z nią to marzenie - ona po prostu nie fałszuje. Czasem mam wrażenie, że jest robotem. Nagrania trwają bardzo krótko. Zazwyczaj po półgodzinie mamy wszystko z głowy, łącznie z chórkami i wszelkimi ozdobnikami. Takie wokalistki teoretycznie nie istnieją. Jest też Adrianna Styrcz, która gościnnie wystąpiła w utworze "Niewinny". Ada współtworzy bardzo ciekawy projekt elektroniczny Sinusoidal - polecam. Bardzo pomógł mi też Wojtek Bubak, jeden z najlepszych znanych mi gitarzystów, który nie boi się jazdy po bandzie. Wystarczyło słowo, a facet przyjechał ze Śląska z piecem i kilkoma wiosłami. Uwielbiam go za zapał. Ciekawą sesję miałem też z białoruskim DJ-em Wladimirem Kowalskim - totalna improwizacja na deckach zakończona ostrymi świstami.

Twoje płyty dowodzą, że elektroniczny pop nie musi kojarzyć się z "tłustym basikiem", "dobrym bicikiem" i tekstami o niczym. Słuchając twoich płyt mam wrażenie, że warstwa liryczna jest dla ciebie pierwszoplanowa, a muzyka - choć też dopieszczona w szczególe - jakby sama chciała się schować w tle...

To zabawne, bo paradoksalnie większość czasu i energii spędzam na dopieszczaniu muzyki. Nie rozdzielam tych dwóch sfer - piosenkę zawsze traktuję jako całość. Warstwa muzyczna musi korespondować ze słowami. Tak jest np. z utworem "Lawnchair Larry". Jestem z niego szczególnie dumny, bo udało mi się w nim osiągnąć klimat pełen powietrza i chmur. Wszystko tam syczy i się kłębi. A to jest prawdziwa historia o człowieku, który postanowił, że pewnego dnia poleci do nieba na krześle ogrodowym, do którego przywiązał kilkanaście balonów meteorologicznych.

Dużo uwagi przywiązujesz do lingwistycznej gimnastyki?

To jest coś, co mi przychodzi naturalnie. Odkąd pamiętam, nałogowo bawiłem się słowami. Mówię tu o przekręcaniu wypowiedzi moich rozmówców, parafrazowaniu wyświechtanych haseł, recycling statusów z Facebooka, twórczą kradzież ładnych zdań z książek, które nałogowo czytam.

Można więc powiedzieć, że twoje utwory to miniaturowe muzyczne eseje socjologiczne. Świat korporacji, show-biznesu, internetu, a szczególnie serwisów społecznościowych w krzywym zwierciadle - oto tematy, które powracają na obu płytach.

Z tymi esejami socjologicznymi bym nie przesadzał. To raczej wynurzenia zblazowanego trzydziestolatka. Zwyczajnie piszę o świecie, który mnie otacza. Jak wszyscy chodzę do pracy, jak wiele osób w moim wieku posiadam protezę przyjaciół w postaci pewnego znanego portalu społecznościowego i bardzo wiele czasu spędzam w sieci. Chciałbym pisać kiedyś teksty oderwane od mojego życia - podziwiam ludzi, którzy potrafią stworzyć sobie w umyśle odrębne, "alternatywne rzeczywistości" - inne od tych, w których poruszają się na co dzień. Ale to wyższa szkoła jazdy.

Na obu albumach pojawiają się również utwory poświęcone Warszawie. To przypadek?

Tak się składa, że terminuję w Warszawie, a konkretnie - na Pradze. Może pisanie piosenek o stolicy to kwestia oswajania tego miejsca? Bo ja, jak chyba większość warszawiaków, jestem elementem napływowym - z Sudetów, z Karpacza konkretnie - i mieszkam tu od dekady zaledwie. Ale kolejnej piosenki o stolicy raczej nie będzie. Dwie wystarczą.

Co odróżnia nową płytę od poprzedniej ("Trendywaty chłopiec")?

- Na drugiej płycie jest zdecydowanie więcej gitar i żywych instrumentów. Zależało mi na zaakcentowaniu nierówności, organicznych brzmień. Z perspektywy czasu "Trendywaty chłopiec" wydaje mi się trochę za sterylny. Tym razem chciałem wskoczyć w kałużę i się w niej potaplać. Ludzkie ucho lubi nierówności - w naturze nie ma idealnych dźwięków generowanych przez komputer. Pełno w niej szumu, chaosu, asymetrii. Chciałem tego więcej na "Tęczy wybielaczu".

Za masteringiem płyt stoi Marcin Cichy, znany z duetu Skalpel. Co zyskałeś dzięki tej współpracy?

- Świeżą parę uszu - to najważniejsze w przypadku, kiedy nad materiałem pracuje się w samotności. Bardzo trudno utrzymać dystans - szczególnie pod koniec, kiedy człowiekowi wydaje się, że już nic nie słyszy. Z tego miejsca chciałem podziękować też Andrzejowi Izdebskiemu, który również bardzo mi pomógł swoimi wyjątkowo wrażliwymi uszami.

Na co dzień jesteś również dziennikarzem muzycznym. To pomaga czy utrudnia nagrywanie muzyki?

Pomaga i utrudnia zarazem. Z jednej strony trzymam puls na tym, co się dzieje w muzyce, i nie ma co ukrywać, że niektóre rzeczy mnie inspirują. Z drugiej strony - trudno zachować zapał do komponowania, kiedy przez cały dzień musisz słuchać muzyki w pracy. Nie wspominając o tym, że z reguły jest to kiepska muzyka. To trochę jak z gwiazdą porno, która wraca po dniu pracy do domu i raczej nie myśli o amorach...