Według raportu firmy Amrest (prowadzącej takie sieci jak KFC, Pizza Hut, Burger King czy Starbucks), gimnazjaliści stanowią tylko ok. 10 proc. klientów. 40 proc. to studenci, drugie tyle to pracownicy biurowi. Osoby z wykształceniem podstawowym i pracownicy fizyczni to zaledwie kilka procent. Wyjątkiem jest Pizza Hut, w której aż 15 proc. gości to pracownicy fizyczni.



To duża zmiana. Odkąd spółka bada profil swoich gości, czyli od 2005 r., liczba klientów z wykształceniem co najmniej średnim wzrosła o prawie 20 proc.

Fastfoodowy boom zaczął się w Polsce w latach 90., wraz ze zmianą ustroju. Ale wiele szyldów szybko znikło: Polacy wciąż woleli schabowego z kapustą, najchętniej w domu.

Przez ostatnią dekadę nasze gusta się zmieniły. Fast food stał się restauracją, w której jemy codzienne posiłki. Dlatego do Polski wróciły Burger King czy Dominos Pizza (na razie 6 restauracji w stolicy). Amrest jest fastfoodowym gigantem. - Do końca 2012 r. planujemy otworzyć ok. 150 nowych restauracji. Większość KFC i Starbucks, ale też ponad 20 Burger Kingów - mówi Maciej Mausch z biura PR firmy.

Rynek barów szybkiej obsługi stał się bardziej zróżnicowany. Poza hamburgerami i frytkami mamy bary z jogurtami, daniami wegetariańskimi czy chińszczyzną, sieciowe kawiarnie. Nowe pomysły to jedzenie na wagę: Multifood, Bon Apetito, Express Marche.

Na jedzenie poza domem wydajemy 20 mld zł rocznie (Niemcy i Holendrzy - dwa razy więcej). Według GUS to 1,5 raza więcej niż 10 lat temu (w 2000 r. - ponad 8 zł na miesiąc, w 2010 - ponad 20 zł). Fast foodów przybywa też w mniejszych miastach. Np. sieć United Chicken szuka swojej szansy w Płocku, Bytomiu czy Koszalinie.

Zdaniem Anny Januszewicz, psychologa zdrowia z wrocławskiego oddziału SWPS, coraz mniej mamy czasu na gotowanie w domu - gdy oboje rodzice dużo pracują, dzieci jadają obiad poza domem. - Szybkie jedzenie jest bardziej dostosowane do naszego trybu życia: można je zamówić i zjeść w pośpiechu, w przerwie w pracy, jest łatwo dostępne, tanie a w opinii wielu osób całkiem smaczne - uważa Anna Januszewicz. Ale uwaga: ze wzrostem popularności fast foodów rośnie też liczba otyłych osób. Odkąd w 1992 r. otwarto pierwszego McDonalda w Polsce, ilość dzieci i młodzieży z podwyższonym indeksem masy ciała (BMI) wzrosła czterokrotnie.

Gotujemy głównie w weekendy

Zapytaliśmy gości stołecznej galerii handlowej co i dlaczego jedzą w fastfoodach
Aniela, pracuje w banku: - Jem twistery (kawałki kurczaka zawinięte w naleśnik z warzywami), czasem sałatki. Myślę, że to mniej niezdrowe niż hamburgery. W tygodniu mam czas tylko na szybkie jedzenie, byle mieć energię do pracy. W weekendy gotuję w domu albo chodzę do restauracji.
Bartek, kierowca: - Chodzę do KFC albo do McDonalda. Często też na kebab. Pracuję czasem po kilkanaście godzin dziennie, zależy, żeby szybko zjeść. Jest wszystko, co trzeba - kawałek mięsa i warzywa - mogę się najeść za 20 zł. Na lepszą restaurację trzeba mieć czas i pieniądze.
Beata i Andrzej, z dziećmi, on pracuje w firmie montującej okna, a ona w szkole językowej: - Jemy w fastfoodach podczas rodzinnych zakupów, tak co dwa tygodnie. W galeriach handlowych trudno dostać inne jedzenie. W domu gotujemy rzadko. Domowe jedzenie najczęściej jemy u rodziców.