Każdy autor literatury popularnej marzy o tym, by udało mu się napisać prawdziwy "page-turner" - książkę, od której nie sposób się oderwać, którą chciałoby się przeczytać na raz. Zygmuntowi Miłoszewskiemu to marzenie się spełniło. Jeśli macie ochotę na plażowy koc zabrać sensacyjną opowieść o świecie sztuki, to zapomnijcie o nowej, nudnej niestety książce Dana Browna "Inferno" (która zresztą po polsku ukaże się dopiero w październiku) i kupcie "Bezcennego". Jest w nim podobne tempo i podobna naiwność w rozwiązaniach fabularnych jak u Browna.

Miłoszewski pisze o niebo lepiej, a po drugie opowiada o jednej z największych polskich zagadek - losach "Portretu młodzieńca" Rafaela Santi. Obraz, razem z "Damą z gronostajem" Leonarda da Vinci i "Portretem miłosiernego Samarytanina" Rembrandta, wisiał przed wojną w Muzeum Czartoryskich w Krakowie, ale w czasie wojny zaginął. Dama i Samarytanin wrócili do domu. Młodzieniec do dziś pozostaje najcenniejszym zaginionym dziełem sztuki na świecie, symbolem wszystkich utraconych przez Polskę dóbr kultury.

Miłoszewski zabiera nas na poszukiwanie Młodzieńca, wyprawę karkołomną, ryzykowną, niestety nierealną, ale dostarczającą sporo frajdy. Jak na literaturę w stylu Browna przystało, nieuniknione wykłady o historii obrazu, historii II wojny światowej i historii sztuki przeplatają się z brawurowymi scenami akcji z pierwszym atakiem terrorystycznym na ziemiach polskich na czele. I historią czworga głównych bohaterów, którzy na zlecenie polskiego rządu wyruszają, by "Portret młodzieńca" ukraść. Odzyskanie go drogą oficjalną okazuje się bowiem niemożliwe. Na czele niezwykłego zespołu stoi doktor Zofia Lorentz, historyk sztuki i urzędniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych z jednoosobowej komórki zajmującej się odzyskiwaniem zrabowanych dzieł sztuki. Wspierają ja były komandos Anatol Gmitruk, młody, bezczelny marszand Karol Boznański i Lisa Tolgfors, szwedzka arystokratka i złodziejka w średnim wieku odsiadująca w więzieniu w Grudziądzu wyrok za kradzież Moneta z poznańskiego Muzeum Narodowego. Ten egzotyczny kwartet spod tatrzańskich Kalatówek wyruszy w podróż przez ćwierć świata, by odzyskać obraz. Po drodze napotka nie tylko międzynarodowego mordercę na zlecenie i uzbrojonych tajnych agentów zaprzyjaźnionego rządu, ale też zakochaną w filmach fantasy staruszkę i rosyjskiego hakera. A nawet pisarza rodem z "Lśnienia". W tym dobrodziejstwie gubi się logika i prawdopodobieństwo, ale za to można się sporo dowiedzieć, nie tylko o sztuce. Największą zaletą powieści Miłoszewskiego jest to, że (podobnie jak po lekturze Browna) chce się zobaczyć rzeczy, które opisuje na własne oczy, a o prawdziwych ludziach, których przywołuje - doczytać. Wycieczki tropem "Bezcennego" raczej nie ruszą, byłyby dość kosztowne i wymagały amerykańskiej wizy. Jednak jeśli choć kilka osób pod wpływem lektury przyjdzie do warszawskiego Muzeum Narodowego obejrzeć obrazy Aleksandra Gierymskiego, albo do Muzeum Czartoryskich przyjrzeć się nie tylko pustej ramie po Młodzieńcu, to będzie sukces pisarza.

A największa słabość powieści? Samozadowolenie autora. Miłoszewski ściągnął od mistrzyni polskiej powieści sensacyjnej Joanny Chmielewskiej pomysł na obcokrajowca mówiącego dziwnie po polsku. O ile pan Muldgaard z "Wszystko czerwone" wprowadzał swymi wypowiedziami prawdziwy komizm, o tyle posługująca się przedziwną mieszanką wulgaryzmów i grypsery Tolgfors irytuje, zamiast śmieszyć. Miłoszewski jasno też daje do zrozumienia, co (i kogo) lubi, a czego nie. Lubi na przykład amerykańskie powieści sensacyjne, filmy Kubricka i "Niekończącą się opowieść", a nie lubi Alice Munro i Philipa Rotha. I nie ma w tym nic złego - dobra popkultura nie jest zła. Jednak jego żarty na temat premiera i ministra kultury są tak niskich lotów, że wprawiają w zażenowanie. Na szczęście w całości "Bezcenny" jest jednak świadectwem pasji. Pasji, z jaką Miłoszewski podszedł do tematu grabieży polskich dzieł sztuki. Chce je z powrotem. I to oddane, a nie odkupione. I chce nas tym pragnieniem zarazić.



PS I jeszcze jednego Miłoszewskiemu nie można odmówić - wyczucia czasu. Po pierwsze zdążył z książką na wakacje, po drugie 18 grudnia w amerykańskich kinach (a wkrótce pewnie i w naszych) pojawi się film "The Monuments Men" opowiadający o grupie alianckich żołnierzy, muzealników i naukowców, którzy w czasie II wojny światowej szukali zagrabionych przez Niemców dzieł sztuki. Film z George'em Clooneyem i Mattem Damonem będzie ciekawym uzupełnieniem książki Miłoszewskiego.