- Szukając pracy jako barman lub kelner, odpowiedziałem na około 50 ogłoszeń w internecie. Nigdy nie znalazłem informacji, że pracodawca pokrywa lub zwraca koszty wyrobienia książeczki sanepidu, pojawia się za to "wymagana aktualna książeczka" albo "gotowość do jej wyrobienia" - mówi 26-letni Marcin z Warszawy. Zatrudnił się w stołecznym bistro. - Wydałem 120 zł na badania i 50 zł na lekarza medycyny pracy, który wpisał wyniki do książeczki (kupiłem ją w podwarszawskim sanepidzie za 5 zł, przypomina tradycyjny dzienniczek ucznia). Pracodawca nie zwrócił mi kosztów. Nie podjąłem tematu, bo dopiero co zacząłem pracę, a szef do tematu nie wrócił - opowiada.

Pracodawca nie może dopuścić do pracy nikogo bez aktualnego orzeczenia lekarskiego, stwierdzającego brak przeciwwskazań do pracy na określonym stanowisku. A w przypadku Marcina i innych osób mających w pracy kontakt z żywnością warunkiem dopuszczającym do pracy jest przebadanie się pod kątem obecności m.in. bakterii salmonelli (wynik musi być ujemny). Tyle że za ten obowiązek powinien zapłacić pracodawca. - Zgodnie z Kodeksem pracy osoby przyjmowane do pracy podlegają badaniom lekarskim przeprowadzanym na podstawie skierowania od pracodawcy i na jego koszt - potwierdza Danuta Rutkowska, rzecznik prasowy Głównego Inspektora Pracy.

Sanepid: Jaka książeczka?!

W Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Warszawie (WSSE) nie wiedzą, ilu zgłaszających się na badania pracowników płaci za nie z własnej kieszeni, ale wychodzi co innego. - Dziwi mnie, że ktoś jeszcze posługuje się książeczką. Od dwóch lat lekarz ma obowiązek wydać orzeczenie o zdolności do pracy na specjalnym druku! - ostrzega Maria Sałamacha z oddziału nadzoru epidemiologii.

Dla pewności osoby posługujące się książeczką powinny więc ponownie pójść do lekarza po zaświadczenie na druku. To kolejne 50 zł, które też powinien wyłożyć pracodawca. Co robić, jeśli nie zapłaci? - By to udowodnić, kandydat musiałby mieć skierowanie na te badania podpisane przez pracodawcę. Wtedy trzeba zgłosić skargę do Państwowej Inspekcji Pracy, potem pozostaje sąd pracy - mówi Artur Ragan z agencji pracy Work Express.

Niestety, kary nie zawsze odstraszają. W ubiegłym roku lubelski sanepid nałożył na tamtejszego restauratora mandat 200 zł za to, że pracownicy nie mieli orzeczeń lekarskich. Wyższe kary nakłada inspekcja pracy. - Inspektor może nałożyć mandat od 1 do 2 tys. zł i skierować sprawę do sądu. Ten karze bardziej dotkliwie: od 1 tys. do 30 tys. zł - mówi rzecznik GIP.

Karta badań taksówkarza

Poza skierowaniem pracownika na badania wstępne i ich sfinansowaniem pracodawcy mają obowiązek zadbać także o badania okresowe (rodzaj zależy od zawodu, wykonywane są co roku do kilku lat, np. taksówkarze oprócz badań sprawdzających np. bystrość muszą przejść przez kontrolę neurologiczną i zbadać poziom cukru we krwi; po 50. roku życia częstotliwość badań zależy od stanu zdrowia, mogą przypadać nawet co roku) i kontrolne (podlegają im pracownicy, którzy dłużej niż przez 30 dni byli niezdolni do pracy). I tu też firmy oszczędzają. - Lekarze mają różne cenniki, ale często jedna wizyta kosztuje 80 zł, do tego dochodzą dodatkowe badania, np. EKG. Rzadko na badania przychodzą budowlańcy, a przez to, że pracują na wysokościach, powinni przejść przez kontrolę okulisty, laryngologa i neurologa - wylicza lekarz medycyny pracy Bożena Derkacz-Hryniewicz prowadząca gabinet w Piasecznie.

Zaczyna się od BHP

Problem jest także z obowiązkiem przeszkolenia pracowników z bezpieczeństwa i higieny pracy. - Musi to przejść każdy, od praktykanta do szefa, niezależnie od umowy, na jakiej został zatrudniony - wskazuje Leonarda Woźniakowska, specjalista ds. BHP z WSSE w Warszawie. Tymczasem rzecznik PIP podaje, że blisko 10 proc. wypadków w pracy, do których doszło w ubiegłym roku, wynikło z powodu braku szkolenia BHP. A przy okazji tych kontroli wychodzi na jaw, że pracownicy nie przeszli odpowiednich badań lekarskich.