Zapach chińszczyzny w pociągu podmiejskim z Warszawy Wileńskiej to codzienność. Dwa dni temu tuż obok mnie stanęła kobieta z chińskim daniem. Trzymała pudełko tuż pod brodą i wcinała. Ktoś został opryskany tłuszczem, ale ścisk był taki, że nie dało się odsunąć. Ktoś inny otworzył okno, ale świeże powietrze nie dało rady zapachom kuchni azjatyckiej. Pasażerowie głośno wzdychali, wysyłali kobiecie znaczące spojrzenia, mieli wkurzone miny, niektórzy zatykali nos apaszkami. Nikt nic nie powiedział.

- W pasażerach chyba już wygasła wola walki, bo musieliby codziennie z kimś się kłócić. Czasem muszę przejść kilka wagonów, zanim znajdę taki, w którym nikt nie je kebabu albo fast foodu. Ludzie bez obciachu robią bufet z mikroskopijnych półek przy oknach. Stawiają kubełek z kurczakami, pudełka z frytkami i colę. Pociąg hamuje, cola się przewraca, zostaje kałuża. Od tych ostrych zapachów kręci się w głowie, a od widoku oblizywania palców mdli - komentuje 27-letnia Ania, która codziennie jeździ kolejką podmiejską linii Warszawa - Tłuszcz. Jak mówi, pasażerowie stołują się w pociągu głównie po godz. 15, wracając ze szkoły i pracy.

Kebab, paluszki, okruszki

W stołecznych autobusach i tramwajach, jeśli ktoś odważy się wejść z kebabem do autobusu, musi liczyć się z ostrzejszą reakcją. - Ostatnio jechałam linią 217 z metra Wilanowska do Miasteczka Wilanów. Nagle pasażerowie poczuli kebab. Trzech młodych chłopaków zaczęło głośno komentować ten koszmarny zwyczaj jedzenia w komunikacji miejskiej. Jedzący nie zareagował - opowiada 30-letnia Karolina, mieszkanka Warszawy.

Prawdopodobnie właśnie opór pasażerów sprawia, że w metrze, tramwajach i miejskich autobusach ludzie raczej podgryzają niż jedzą. Hitem są drażetki, batony, paluszki (te spożywane są bez specjalnego kamuflażu) oraz drożdżówki i kanapki (z reguły jedzone sposobem "z torebki", czyli pasażer wyciąga kanapkę na kęsa, chowa, znów wyciąga na gryza itd.). Na początku podgryzający starają się robić to ukradkiem i z dłuższymi przerwami pomiędzy gryzami. A potem wstają i strzepują z siebie okruchy chipsów, nierzadko na współpasażerów. Następni podróżni muszą oczyścić siedzenie z okruchów albo z posiekanej sałaty od hamburgera.

Ludziom, którzy nie chcą być narażeni na zapiekankowe wyziewy lub tłuste plamy po bliskim spotkaniu z cudzym hamburgerem, idą w sukurs przepisy stołecznej komunikacji. W regulaminie ZTM jest zakaz spożywania napojów i artykułów żywnościowych, jeżeli "może to spowodować zabrudzenie pozostałych pasażerów, zanieczyszczenie pojazdu, stacji metra lub przystanku". Kierowca ma prawo wyprosić jedzącego z pojazdu. Podobny zapis ma Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego w Szczecinie. - Zakazujemy spożywania np. fast foodów, lodów, pestek słonecznika. Zdarza się, że motorniczy wyprasza pasażerów z jedzeniem. Nie chcemy, aby osoba której ktoś zabrudziłby ubranie, oskarżała nas, że nie zapewniliśmy odpowiednich warunków przejazdu - mówi Dariusz Wołoszczuk, rzecznik ZDiT w Szczecinie.

W pociągach podmiejskich (np. Koleje Mazowieckie) i dalekobieżnych podobnej ochrony pasażerów nie ma.

Dajcie innym z sobą żyć

Żadne przepisy nie zastąpią jednak zwyczajnej kultury w codziennym zachowaniu. - Jedzenie na wynos nie oznacza jedzenia w podróży. Należy je spożywać na spokojnie w domu albo w biurowej kuchni - mówi Piotr Kłyk, trener w zakresie savoir-vivre'u ze Szkoły Dobrych Manier w Warszawie. - Takiego publicznego jedzenia zakazuje nie tylko etykieta, ale też higiena osobista. Hamburgery często polane są sosami, wysypują się z nich warzywa, przez co trudno je zjeść bez ubrudzenia. Poza tym inni pasażerowie też wracają głodni po pracy, a jednak wytrzymują i nie jedzą - dodaje. I przestrzega: - Jeśli ubrudzimy kogoś sosem, to może być bardzo nieprzyjemna sytuacja, osoba poszkodowana może zażądać zapłacenia za pralnię czy zniszczoną odzież.

Dlatego proszę was, zgłodniali, o odrobinę empatii i wyobraźni. Zapach, który komuś zgłodniałemu wydaje się smakowity, dla większości współpasażerów jest po prostu przykry. Czy przyjemnie wam, gdy znacząco wzdychamy, przewracamy oczami, demonstracyjnie otwieramy okna, byście zrozumieli, że widok waszego jedzenia jest dla nas nieprzyjemny? Czy chcecie być tymi, od których inni uciekają - a przynajmniej uciekliby, gdyby brak tłoku na to pozwolił?