Pozory mylą. To powiedzenie sprawdza się w przypadku Irvinga Rosenfelda. Spasiony facet w średnim wieku, który pod starannie ułożoną zaczeską (i tupecikiem) próbuje ukryć łysinę, sprawia wrażenie nieudacznika. A jednak świetnie sobie radzi, naciągając kolejnych naiwniaków na prowizje od rzekomych pożyczek. Irvingowi partneruje ponętna, a przy tym równie sprytna co on kochanka Sydney Prosser. Dobra passa duetu skończy się, gdy wpadną w sidła narwanego Richiego DiMaso, agenta FBI o chorych ambicjach i wielkim ego. Otrzymują propozycję nie do odrzucenia: żeby uniknąć więzienia, muszą pomóc mu w skompromitowaniu urzędników państwowych. Problem w tym, że apetyt chcącego zabłysnąć DiMasso wciąż rośnie. Wkrótce łapówkarska prowokacja zaczyna wymykać się spod kontroli także za sprawą rozchwianej emocjonalnie żony Rosenfelda - Rosalyn.

Disco ponad wszystko

Lecz to wcale nie sensacyjna intryga, inspirowana zresztą słynną antykorupcyjną operacją "Abscam", wyróżnia "American Hustle" na tle opowieści o zawodowych oszustach, tylko przesiąknięci kiczowatym kolorytem swoich czasów bohaterowie. Nie udałoby się to bez znakomitych aktorów. Christian Bale jako sympatyczny, acz zapyziały cwaniak z powodzeniem zrywa tu z dotychczasowym wizerunkiem. Kroku dotrzymują mu Amy Adams i Bradley Cooper w roli porównywanej przez polskich recenzentów do skrzyżowania niesławnego agenta Tomka z Johnem Travoltą w "Gorączce sobotniej nocy". Jego Richie zgrywa twardziela, choć wciąż mieszka z matką, a wieczorami pieczołowicie nawija włosy na wałki, by kędziorki dodawały mu włoskiego uroku. Uwierzcie lub nie, ale to barwne trio przyćmiewa i tak Jennifer Lawrence. Gdy pojawia się na ekranie, bawiąc się postacią Rosalyn - nieprzewidywalnej sexy-mamuśki niestroniącej od alkoholu i uzależnionej od solarium - skupia na sobie całą uwagę. To istna kobieta tornado. Oscara za rolę drugoplanową młoda aktorka wydaje się mieć w kieszeni, choćby za scenę, w której w gumowych rękawicach do sprzątania śpiewa "Live And Let Die".

Wielka amerykańska ściema

Otwierająca "American Hustle" kilkuminutowa sekwencja, w której Irving ze skupieniem układa fryzurę przed wyjściem z hotelowego pokoju, wyznacza tory filmu. Właściwie wszyscy udają tu kogoś, kim nie są. Za wszelką cenę maskują swoje niedoskonałości, obawy, kompleksy. Manipulują własnym wizerunkiem, przebierają się - nie tylko dosłownie. Z początku ukazana z przymrużeniem oka maskarada nabiera z czasem rys dramatu: "zaraża" bowiem prywatne życia każdego ze wzorowanych na autentycznych postaciach bohaterów. Szczerość nie jest w cenie, nawet w relacjach z najbliższymi. Pytanie, czy jeśli Irving i spółka zrozumieją, że zabrnęli zbyt daleko, nie będzie już za późno? Także na konfrontację ze smutną prawdą o samych sobie, którą przez lata skrzętnie ukrywali?

W ten sposób David O. Russell z cynizmem ukazuje rzeczywistość, w której górą jest ten, kto nie ma skrupułów i nie cofnie się przed niczym, żeby wykorzystać innych. Wymowny okazuje się oryginalny tytuł scenariusza autorstwa Erica Warrena Singera, który reżyser wziął na warsztat, czyli "American Bullshit". Co można przetłumaczyć, posługując się oczywiście pewnym eufemizmem, jako amerykańską ściemę, bzdurę, kit. I o tym właśnie opowiada twórca "Poradnika pozytywnego myślenia", przekornie zwodząc widzów atrakcyjną, stricte rozrywkową otoczką czy soczystymi dialogami. Film trudno bowiem zamknąć w ramach jednego gatunku. Pod osłoną ciuchów vintage, brokatu, lakieru do włosów i humorystycznego ujęcia całości kryje się gorzka refleksja: amerykański sen dawno legł w gruzach.

O kryzysie w rytmach Donny Summer

Ideały brzmią pięknie, ale w konfrontacji z ludzką mentalnością zamieniły się w puste słowa. Dobre chęci to za mało, by poradzić sobie w brutalnym świecie, w którym gra fair to oznaka słabości. Trzeba kombinować, oszukiwać, bo przecież każdy ma coś na sumieniu. Nostalgiczny powrót do przeszłości ma tu konkretny cel: rzecz dzieje się za prezydentury Jimmy'ego Cartera, na przełomie lat 70. i 80., kiedy Stany Zjednoczone zmagały się z problemem wysokiej inflacji i bezrobocia. Widocznie w dobie kryzysu oszuści nie muszą być wcale glamour. Wystarczy odrobina charyzmy, bo desperacja potencjalnych ofiar to woda na młyn dla ściemnionych interesów. Nawet jeśli już na pierwszy rzut oka widać, że mistyfikacja jest grubymi nićmi szyta. Ten także dziś aktualny komentarz wybrzmiewa w rytmie klimatycznych przebojów Donny Summer, Toma Jonesa, Eltona Johna i zespołu America. David O. Russell znów dowodzi, że jest szalenie utalentowanym DJ-em. "American Hustle" może się pochwalić jednym z najlepszych soundtracków w historii.

Deszcz nagród dla oszustów

"American Hustle" jest jednym z oscarowych faworytów - ma aż 10 nominacji. Ale film i jego twórcy już zdobywają liczne nagrody. Czy zakończą swój triumfalny marsz przez czerwone dywany Oscarem dla filmu roku przekonamy się 3 marca. Tymczasem "American Hustle" był nominowany w siedmiu kategoriach do Złotych Globów, zdobył te dla najlepszego filmu - komedii lub musicalu oraz aktorek Amy Adams i Jennifer Lawrence. Trafił na listę 10 najlepszych filmów 2013 roku American Film Institute. Cała obsada filmu otrzymała nagrodę Gildii Aktorów Ekranowych (SAG). Siedem nominacji do Australijskich Nagród Filmowych zamieniło się w statuetki dla Jennifer Lawrence i Davida O. Russella za scenariusz. 13 nominacji do nagród amerykańskich krytyków filmowych przyniosło wyróżnienia dla całej obsady i osobno Amy Adams jako aktorki komediowej, dla filmu i za charakteryzację. Film ma także 10 nominacji do brytyjskich nagród filmowych BAFTA, które zostaną rozdane 16 lutego. Do Oscara "American Hustle" nominowany jest jako najlepszy film, za reżyserię, scenariusz oryginalny, dla czwórki aktorów, za montaż, kostiumy i dekoracje. Nominacje i nagrody od poszczególnych stowarzyszeń amerykańskich krytyków filmowych trudno zliczyć. Tych pierwszych jest kilkadziesiąt. Tych drugich (na razie) kilkanaście.