Każdy Islandczyk zna jakiegoś Polaka. Jest nas tu ok. 10 tysięcy. To najliczniejsza grupa obcokrajowców na wyspie i ok. 3 proc. całego społeczeństwa. Ani Islandczycy, ani Polacy nie rozumieją, dlaczego jest nas tam tak dużo. Bo sama Islandia jeszcze kilkadziesiąt lat temu miała mocno negatywne podejście do "obcych", którzy wkraczają na ich teren i ingerują w relacje społeczne. Ale kiedy już imigranci tutaj się pojawili, okazywało się, że nie są tacy źli. W latach 60. Polak Bohdan Wodiczko kierował Islandzką Orkiestrą Symfoniczną, a w latach 80. Bogdan Kowalczyk z sukcesami trenował narodową drużynę tego kraju w piłce ręcznej. W większych grupach Polacy zaczęli pojawiać się na wyspie w latach 90. Przyjeżdżali głównie do pracy w zakładach rybnych. Na dobre zainteresowali się Islandią po 2006 r., kiedy tamtejszy rząd otworzył rynek pracy dla obywateli nowych krajów Unii Europejskiej. Na wyspę zjechali wtedy polscy robotnicy. Przyjeżdżali na pół roku, rok, najmowali się do brudnej i trudnej roboty za przyzwoite pieniądze. Trzymali się tylko z Polakami, a po wygaśnięciu kontraktu wracali bez żalu do domu. - Dzieciaki nazywały ich "ludźmi z szafek na buty", prawdopodobnie dlatego, że mieszkali w jednopiętrowych, kolorowych barakach wybudowanych specjalnie dla nich kilka kilometrów od miasta - opisuje w "Przewodniku Nieturystycznym" po Islandii Anna Wojtyńska, doktorantka na Wydziale Antropologii Uniwersytetu Islandzkiego. To z tamtego okresu zachowały się nie najlepsze wspomnienia o naszych rodakach. - To był czas, kiedy w islandzkiej prasie trudno było znaleźć dobre słowo o polskich imigrantach. Jeśli coś się o nich mówiło, to w kontekście jakiejś awantury albo bójki z ich udziałem. Ludzie bali się wtedy, że Polacy zabierają im miejsca pracy - wspomina Jon Gunnar Benjaminsson, właściciel firmy turystycznej z Reykjaviku, zaręczony z Polką. Dziś polska imigracja w Islandii to dwie różne grupy. Jedna to świat rybaków i robotników żyjących w liczących kilka domów osadach, w ciemnych dolinach fiordów.

Drugi świat to młodzi ludzie, którzy w Islandii nie są dla pieniędzy, ale dlatego, że tuż pod kołem podbiegunowym znaleźli swoje miejsce na ziemi. Przyjechali na wyspę, bo mieli już dosyć wrażeń: skończyli dobre szkoły, od lat mieszkali na Zachodzie, poznali setki ludzi i miejsc. A Islandia jest wystarczająco daleko od tego, od czego chcieli uciec z Polski. My spotkaliśmy trzy takie osoby na wyspie, które zgodziły się opowiedzieć nam swoje historie.



Skąd się tu wziąłem

Sara Makocka, 32 lata, modelka: - Do Reykjaviku przyjechałam wiosną 2012 r. Wcześniej mieszkałam w Londynie. Tam poznałam mojego ówczesnego narzeczonego, islandzkiego muzyka, i po pół roku wspólnego życia w Anglii zdecydowaliśmy przeprowadzić się na wyspę. Islandia wydawała mi się idealnym miejscem, by zwolnić tempo. Po 10 latach życia na walizkach chciałam mieć swoje miejsce, prawdziwy dom, do którego będę mogła wracać.

Kamil Kluczyński, 27 lat, przewodnik po islandzkich lodowcach, ratownik górski: - Jestem w Islandii od dwóch i pół roku. Mówią o mnie "obywatel świata". Urodziłem się w Polsce, ale od szóstego roku życia mieszkałem w Nowym Jorku. Wyjechałem z rodzicami, którzy wylosowali zieloną kartę. Studiowałem w Wiedniu: licencjat ze stosunków międzynarodowych. Potem byłem jeszcze w Tajlandii. Do Reykjaviku przyjechałem na studia magisterskie z ekologii i odnawialnych źródeł energii. Taki był plan. Ale zostałem na dłużej, bo znalazłem to, czego nie widziałem nigdzie indziej: niepowtarzalny krajobraz. Jestem w otoczeniu, które mnie pasjonuje. Moim największym marzeniem jest wyprawa na Arktykę. Islandzkie lodowce to już blisko spełnienia tych marzeń.

Aleksandra Wójtowicz, 35 lat, policjantka: - Pochodzę z Gdańska. Jestem w Islandii od 1996 r. Z Polski najpierw wyjechała moja mama, później ja i moje trzy siostry. Z kraju wypchnęła nas rodzinna tragedia: śmierć ojca i pożar rodzinnego domu. Wyjechałam zaraz po maturze. Trafiłam na malutką wysepkę na północy Islandii. Zaczęłam jako au pair, później pracowałam w przedszkolu. Cały czas uczyłam się islandzkiego. Znajomość języka była czymś koniecznym, do tego wymagane było pozwolenie na pobyt i pracę dla cudzoziemców. To był czas, gdy Polaków na wyspie było niewielu.

Co tu robię

Sara Makocka: - Gdy tu przyjechałam, jako modelka byłam już na emeryturze. Musiałam jednak znaleźć pracę. Wyciągnęłam swoje portfolio, zdmuchnęłam z niego kurz i poszłam do jedynej w Islandii agencji modelek. Przywitali mnie z otwartymi ramionami, mój wiek nie stanowił dla nich żadnego problemu. Mam zupełnie inną urodę niż islandzkie modelki, klasyczne blond piękności, i to był mój atut. Tutejszy rynek jest bardzo mały, wszyscy wszystkich znają, wieści rozchodzą się bardzo szybko. Moja twarz była na tym rynku nowa, świeża i na swój sposób egzotyczna, szybko posypały się zlecenia. Pracowałam z największymi islandzkimi firmami i projektantami, pojawiłam się w reklamach telewizyjnych i na billboardach. Ostatnio kręciliśmy również krótki film dla Icelandair, islandzkich linii lotniczych. Spędziliśmy kilka dni na islandzkim pustkowiu, między lodowcami, wodospadami i polami zastygłej lawy. Z zawodu jestem pilotem wycieczek i dyplomowaną masażystką. Oprócz tego, na Islandii właśnie, odkryłam swoją miłość do wełny i z powodzeniem zajmuję się również rękodziełem. Kilka tygodni temu zaoferowano mi pracę w jednej z islandzkich firm. Pracę biurową. Klasyczne osiem godzin przed komputerem z wiecznie dzwoniącym telefonem w tle. Wytrzymałam kilka dni. To zupełnie nie dla mnie. Stres, stres i jeszcze więcej stresu. Pomyślałam: dlaczego miałabym to robić swojemu życiu? Wróciłam do masowania. Tu przynajmniej mogę komuś pomóc, o pośpiechu i stresie nie ma mowy, a ja pracuję na swoich warunkach. I choć życie na Islandii jest bardzo drogie, mogę się utrzymać. Mieszkam tu zaledwie dwa lata i może nie mam tu wiele, ale mam więcej, niż miałam gdziekolwiek indziej.

Kamil Kluczyński: - Pracuję jako przewodnik wycieczek po lodowcu. Wycieczka trwa od dwóch do siedmiu godzin. Wspinamy się po lodzie albo na szczyty górskie. Moja rola to przeprowadzenie grupy przez trasę i opowiadanie o historii geograficznej tych miejsc. Jednocześnie jestem ratownikiem górskim. To praca wolontariacka, którą poprzedził półtoraroczny kurs przygotowawczy. Wszyscy mamy komórki, musimy być zawsze gotowi na wezwanie. Lecimy do bazy, przebieramy się i wyruszamy. Pomoc ratowników jest bezpłatna. Nikt nie chce dopuścić do sytuacji, by ktoś w niebezpieczeństwie nie wezwał pomocy w obawie o to, że ratownicy wystawią mu potem rachunek.

Aleksandra Wójtowicz: - Już jako dziecko marzyłam o pracy w policji. Widok umundurowanych policjantów zawsze budził mój podziw. Bałam się, że w Islandii to się nie uda, choćby ze względu na język. Po pięciu latach pobytu dostałam islandzkie obywatelstwo. To otworzyło mi drogę do realizacji moich marzeń. Musiałam szybko nadrobić braki w języku, szczególnie w języku urzędowym i "staroislandzkim", którym na co dzień mówi wielu Islandczyków. Osiągnęłam cel: zostałam pierwszą cudzoziemką w szeregach islandzkiej policji. Dziś zajmuję się współpracą międzynarodową. Przeszłam długą drogę: od pokonywania dystansu w relacjach i trudności językowych, po dzisiejsze sytuacje, gdy wiele osób w pracy przestało już kojarzyć, że nie jestem stąd. Prywatnie jestem żoną i matką. Mój mąż jest Islandczykiem, mamy trójkę dzieci, dziś już nastolatków. Podział obowiązków w rodzinie jest dla nas sprawą naturalną. Dlatego mogę spełniać swoje marzenia.

O Islandii i Islandczykach

Sara Makocka: - Islandczycy z roku na rok wygrywają rankingi na najszczęśliwszy naród na świecie, i to nie bez powodu. Nie do pomyślenia jest tutaj taka ilość narzekań, jaką słychać na polskich ulicach. Bardzo dumni ze swojego kraju i nawet jeśli decydują się opuścić Islandię w poszukiwaniu miejsc bardziej obfitujących w atrakcje, to i tak praktycznie zawsze tu wracają. Stworzyli sobie bezpieczne, czyste i spokojne miejsce do życia. Odwiedziłam ponad 20 państw, ale nigdzie, poza Polską, nie czuję się tak dobrze jak tutaj.

Kamil Kluczyński: - Do braku światła można się przyzwyczaić. Islandczycy mają takie podejście: "Jeśli przeżyjemy zimę, zasługujemy na lato. Jeśli przeżyjemy tę ciemność, zasługujemy na słońce". Jeśli ktoś tutaj się przeprowadza, musi pogodzić się z przyrodą, która bywa wymagająca i okrutna. Wstaję i kładę się, gdy jest ciemno. To trzeba zaakceptować, żeby nie zwariować. Wyspa jest wymagająca: tu nie wystarczy mieszkać. Tutaj trzeba żyć.

Aleksandra Wójtowicz: - Na 683 osoby pracujące w islandzkiej policji kobiety stanowią ok. 14 proc., choć mają trudniejszy dostęp do stanowisk kierowniczych. Władze policji pracują nad zmianą tej sytuacji. W codziennych sprawach w relacjach damsko-męskich jest tu więcej równości niż w Polsce. Kobieta i mężczyzna uzupełniają się w obowiązkach rodzicielskich, jak i domowych, co pozwala na pogodzenie ról rodzica i współmałżonka z samorealizacją, co jest tu zupełnie naturalnym zjawiskiem.

Od autorki: za pomoc przy materiale dziękuję Polakom ze Stowarzyszenia Projekt: Polska Islandia.

Kraj coca-coli i prince polo

- Zimą dzień trwa zaledwie pięć-sześć godzin. Słońce wschodzi ok. 10, ale dzień pracy zaczyna się jak w innych częściach świata: o 8-9 rano, a kończy o 16. Polacy, którzy mieszkają na Islandii, dzień zaczynają obowiązkowo od łyżki tranu, który pomaga im przetrwać dni bez światła.

- Życie w Islandii dzieli się na czasy przed i po kryzysie. Islandczycy zachłysnęli się możliwościami rynków finansowych, inwestowali grube pieniądze w fundusze inwestycyjne, giełdę, itd. Banki bogaciły się w niespotykanym dla świata tempie, państwo i jego obywatele żyli na kredyt (kupowali za nie domy i terenowe samochody) do czasu, gdy w 2008 r. finansowa bańka pękła. Banki zbankrutowały, a PKB Islandii z dnia na dzień spadł o 65 proc. Dziś łatwo znaleźć okazję, by odkupić od zadłużonego Islandczyka jego dom razem z kredytem albo samochód.

- Islandia liczy zaledwie 320 tys. obywateli (a w stolicy, Reykjaviku, mieszka ok. 120 tys. osób). Islandczycy do spraw związków podchodzą bardzo swobodnie. Dla tych, którzy nie chcą ryzykować erotycznej przygody z kuzynką czy kuzynem (a oto w tak małym narodzie łatwo), stworzono aplikację na smartfony, na której można sprawdzić, w jaki sposób spokrewniona jest nowo poznana osoba.

- Typowa Islandzka kuchnia to mięso baranie i ryby. Wyspiarze uwielbiają także fast foody (choć nie ma u nich McDonalda) i piją mnóstwo coca-coli. W ich menu jest także polski akcent: sprowadzony w latach 50. z komunistycznej Polski wafelek Prince Polo. Statystyczny Islandczyk zjada rocznie pół kilo tych wafeleków. Przez długi czas Prince Polo było praktycznie jedynym importowanym wyrobem cukierniczym dostępnym w islandzkich sklepach. Gdy 11 marca 1999 roku przybył do Polski prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grimsson, przyznał, że "całe pokolenie Islandczyków wyrosło na dwóch rzeczach - amerykańskiej coca-coli i polskim prince polo".