Na myśl nasuwa się oczywiście biblijna manna, dostarczana wędrującym Izraelitom przez Boga regularnie przez 40 lat. Tyle że są tu pewne nieścisłości. Wprawdzie przysłowiowo spada ona z nieba, ale w samej biblii nic takiego nie jest powiedziane: pojawia się w cudowny sposób na pustyni codziennie rano, podobnie jak co wieczór pojawiały się przepiórki. Jest ona (u ks. Wujka) "biała jak ziarno kolendra i miała smak placka z miodem", gdzie indziej mowa, że było to "coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi". Wiemy jednak, że ziarno kolendry jest żółtobrązowe, zatem było to chyba coś innego. Na temat tego, czym manna mogła w istocie być, powstało bardzo wiele racjonalnych (tj. wykluczających interwencję boską) hipotez, z których najbardziej przekonująca wskazuje na krzew tamaryszku, na którego gałęziach Trabutina mannipara, robak z rzędu pluskwiaków, zostawia białą wydzielinę o konsystencji żywicy i słodkawym smaku; spożywają ją do dziś mieszkańcy Arabii i Iraku. Tak czy inaczej, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że manna stanowiła dla Izraelitów źródło skrobi i cukru ("placek z miodem"), tak jak mięso przepiórek dostarczało białka. Tylko czy spadła z nieba?

U Egipcjan brak doniesień o spadaniu cennych przedmiotów z nieba, dzięki archeologom wiemy jednak, że z nieba zostało im prawdopodobnie dane żelazo. Najstarsze bowiem wyroby z tego metalu znajdowane w Egipcie mają pochodzić z żelaza z meteorytów.

Szczególnie dużo rzeczy spadało natomiast z nieba w czasach antycznych. Mieszkańcom Troi Zeus zrzucił palladion, czyli posążek Ateny o przydomku Pallas ("wymachująca włócznią"). Jego obecność gwarantowała, że miasto nie zostanie zdobyte przez wroga, zatem przed szturmem na Troję Odyseusz i Diomedes musieli święty posąg ze świątyni Ateny wykraść.

W Rzymie z nieba spadł kamień piorunowy (fulguryt lub belemnit) poświęcony Terminusowi, czyli bogowi granic pomiędzy prywatnymi posiadłościami (u nas byłby "bogiem miedzy"). Kamień ten stał się prototypem kamieni granicznych, a sam Terminus został patronem mierniczych.

Dla obronności państwa większe znaczenie miała ancile, czyli owalna tarcza, która spadła z nieba w czasie zarazy za panowania króla Numy Pompiliusza. Egeria, jego żona czy raczej kochanka, namówiła Numę, by kazał wykonać 11 kopii tej tarczy, co miało zapobiec jej kradzieży. Były one potem, wraz z oryginałem, przechowywane w świątyni Marsa pod opieką saliów "tańczących kapłanów"), którzy dwa razy w roku - w marcu i październiku - obnosili wszystkie 12 tarcz w uroczystej procesji po ulicach Rzymu.

W czasach nowszych z nieba spadła właściwie tylko flaga Danii (biały krzyż na czerwonym tle), będąca najstarszą flagą państwową na świecie. 15 czerwca 1219 roku miała ona upaść do stóp króla Waldemara II i dała mu jeszcze tego samego dnia zwycięstwo nad Estończykami.

Potem nie spadało już nic o porównywalnym znaczeniu i w temacie tym nie działo się wiele aż do wieku XX, kiedy to naukowcy wysunęli tezę, że wraz z meteorytami mogło na ziemię spaść z nieba... życie. Okazało się bowiem, że wirusy, a nawet niektóre jednokomórkowce (tzw. ekstremofile) są w stanie przetrwać dłuższy czas w warunkach, jakie panują w przestrzeni kosmicznej, budując wokół siebie krzemionkowy pancerz. Na odnalezionym w 1984 roku na Antarktydzie meteorycie ALH 84001 odkryto mikrostruktury, które mogą być skamienieliną jednokomórkowych organizmów.