Zabawa bez znaczenia

Tadeusz Sobolewski, krytyk filmowy "Gazety Wyborczej" co roku relacjonujący canneński festiwal, pisał w 1994 roku: "Przewodniczący jury Clint Eastwood dopiął swego. Złota Palma dla >>Pulp Fiction<< Quentina Tarantino - to kolejny ukłon festiwalu canneńskiego w stronę młodego kina amerykańskiego, które parodiuje popularne gatunki, gra formą, działa na najprostsze podkorowe emocje. Po Lynchu, po braciach Coen - Tarantino.

Zaskoczenie. Aplauz publiczności i głosy protestu. Kobietę krzyczącą z balkonu, że nie zgadza się z nagrodą dla Tarantino, uciszano trzykrotnie. Ta Złota Palma to zawód dla tych wszystkich, którzy cenią kino autorów".



Wcześniej poświęcił filmowi jedno zdanie, nazywając film Tarantino chwilami zabawną, ale pełną krwi parodią gatunku, która wydaje się pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia. I wcale nie był w tym odosobniony. Faworytami konkursu w 1994 były filmy "Pod oliwkami" irańskiego reżysera Abbasa Kiarostami, "Żyć!" Chińczyka Zhanga Yimou, "Spaleni słońcem" Nikity Michałkowa, a przede wszystkim "Trzy kolory: Czerwony" Krzysztofa Kieślowskiego. To on miał dostać Złotą Palmę, ale w końcu nie dostał nic. Dziś trudno się temu dziwić. Przy całej sympatii, szacunku i podziwie dla Kieślowskiego "Trzy kolory: Czerwony" to nie jest jego najlepszy film. To nawet nie jest najlepszy film z tej trylogii.

Autorska rewolucja

Za to "Pulp fiction" było przełomem. Nie tylko w 1994 roku. Film Tarantino pokazał, że kino autorskie nie musi oznaczać kameralnych, toczących się powoli dramatów egzystencjalnych w szarej rzeczywistości. Że można wziąć głośną, krwawą, wulgarną, zabawną pulpę z tego, co już było i stworzyć coś zupełnie nowego. Swojego. Niezapomnianego. Coś, co oglądane po raz enty odsłania nowe szczegóły, z czego cytaty będą kultowe, do czego muzyki będzie się tańczyć. Z

aburzona chronologia, zabici bohaterowie zawracający jak gdyby nigdy nic w kolejnej części filmu, spektakularna i krwawa przemoc, dialogi jak z karabinu maszynowego, momentami absurdalne, momentami ocierające się o filozofię, a do tego nigdy nierozwiązana zagadka złotego blasku wydobywającego się z walizki (niektórzy mówią, że to był blask Oscara - Tarantino rzeczywiście go dostał, za scenariusz).

"Pulp fiction" pozostaje do dziś opus magnum reżysera. A jego naśladowców nie sposób zliczyć. Niewielu z nich ma jednak taki talent jak dryblas z Tennessee, którego szkołą filmową była wypożyczalnia kaset wideo. - Specjalizuję się w zmuszaniu widzów do śmiania się z rzeczy, które wcale śmieszne nie są - mówi Tarantino. I się śmiejemy. Analizujemy sceny, uczymy się na pamięć dialogów (tu należą się też laury tłumaczce "Pulp fiction" Elżbiecie Gałązce-Salamon, która po mistrzowsku poradziła sobie z zabójczą frazą Tarantino - "Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza" to jej dzieło), kupujemy płyty z muzyką z jego filmów, bo jej wybór jest równie autorski i równie zaskakujący jak jego obrazy.

Dziś na canneńskim festiwalu reżyser i jego muza, aktorka Uma Thurman, która tak niezapomnianie tańczyła w "Pulp fiction" i której fryzurę naśladowały kobiety na całym świecie, będą gospodarzami specjalnego pokazu filmu. I mogę was zapewnić - oni są 20 lat starsi, a "Pulp fiction" nie postarzało się o jotę.