- Powinniśmy ubierać się w trumny - mówi tchórzliwy i wiecznie narzekający hodowca owiec Albert Stark grany przez samego Setha MacFarlane'a. Wbrew pozorom w tej refleksji głównego bohatera nie ma akurat nic śmiesznego. W miasteczku położonym gdzieś na amerykańskim pograniczu wśród bezkresnych piasków Arizony rzeczywiście ludzie padają jak muchy, więc niebezpieczna może być nawet. wyprawa do wychodka. Depresję Alberta pogłębia rozstanie z dziewczyną. Powód? Nie wziął udziału w strzelaninie mogącej zakończyć się jedynie jego śmiercią, biorąc pod uwagę jak marnie posługuje się bronią. Starka nie trzyma więc tu właściwie nic, nawet przyjaźń z Edwardem, naiwnym sprzedawcą butów, który planuje ślub z wciąż opowiadającą o swoich klientach prostytutką. Do czasu aż w miasteczku pojawi się Anna, która nie tylko nauczy Alberta strzelać, lecz również pomoże mu odnaleźć w sobie odwagę i powalczyć o utraconą miłość. A może zdobyć nową?

"Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie" to całkowicie beztroska parodia filmów o Dzikim Zachodzie, burząca mity, jakimi obrosło kowbojskie życie: od klasycznych pojedynków rewolwerowych przez pląsy na potańcówce w stodole czy podlane alkoholem bójki w saloonie po bratanie się z Indianami przy ognisku. Chyba nikt nie zrobił tego w równie udany sposób od czasów "Płonących siodeł" Mela Brooksa. Kalejdoskop kolejnych skeczów z udziałem przerysowanych postaci napędza wątłą w gruncie rzeczy fabułę. W tym błazeństwie absurdalnego humoru jest o dziwo metoda.

Oczywiście, MacFarlane nie byłby sobą, gdyby od początku do końca nie pojechał po bandzie. Zawsze wiąże się to z ryzykiem przeszarżowania. Więc obok odniesień do popkultury, bon motów i błyskotliwych dowcipów, pojawiają się żarty niższych lotów: wulgarne, obrzydliwe (choć salwy śmiechu podczas seansu dowodzą, że część publiczności docenia nawet ten momentami kloaczny humor) czy po prostu obraźliwe. Twórca "Głowy rodziny" i "Teda" raz jeszcze udowadnia, że nie ma dla niego żadnych świętości. Dostaje się tu wszystkim dookoła, a także jemu i całej obsadzie. Na szczęście aktorzy podchodzą do tego z dystansem, raz po raz pogrywając ze swoim wizerunkiem.

W tym westernowym kostiumie zaskakująco dobrze czuje się szczególnie Charlize Theron. Jej Anna to ucieleśnienie marzeń wielu facetów: jest nie tylko uwodzicielsko piękna, ale też jak najlepszy kumpel. Niestety, takie dziewczyny zawsze pakują się w związki z brutalami (Liam Neeson jako bandzior-rewolwerowiec). Swoje pięć minut mają też Neil Patrick Harris (nie zabraknie mrugnięcia okiem do fanów "Jak poznałem waszą matkę"), Sarah Silverman w roli prostytutki, która ukochanemu (Giovanni Ribisi) każe czekać z seksem do ślubu - w końcu oboje są chrześcijanami! Na deser pojawiają się jeszcze bohaterowie, których nie spodziewalibyście się tu spotkać. Więcej nie zdradzę.

Jeśli znacie (i lubicie) wcześniejsze dokonania MacFarlane'a, powinniście dobrze się bawić na seansie "Miliona sposobów jak zginąć na Zachodzie". Jeśli jednak to nazwisko nic wam nie mówi, lepiej przed pójściem do kina obejrzyjcie zwiastun, żeby upewnić się, czy taka specyficzna konwencja na pewno wam odpowiada.