Do redakcji "Po prostu", najbardziej bojowego tygodnika w Polsce czasów PRL-u, trafił prawdopodobnie przez przypadek. Na dole gmachu, w którym mieściła się siedziba pisma, był bar "Jontek". Pomylił kiedyś drzwi i wparował do redakcji, domagając się dużej wódki i śledzia po japońsku. Przynajmniej tak to sobie i czytelnikom Hłasko wyjaśnia.

Jak było naprawdę, z "Pięknych dwudziestoletnich" się nie dowiemy, bo jak sam zaznaczył, w literaturze liczy się tylko prawdziwe zmyślenie. Pisarz miesza je w dowolnych proporcjach, ile dodał zmyślenia, ile prawdy, na zawsze pozostanie jego tajemnicą. Ale to jak zmyśla, wiele może powiedzieć o nim samym. Przyjęło się mówić, że "Piękni dwudziestoletni" to autobiografia kogoś, kim Marek Hłasko chciał być - złym chłopcem polskiej prozy lat 50., który zrobił karierę, myląc drzwi do knajpy z drzwiami do literatury. PRL-owskim Jamesem Deanem, buntownikiem z wielu powodów, których w nadmiarze dostarczała rzeczywistość tamtych czasów.

Najnowsze wydanie jego autobiograficznych wspomnień to druga pozycja po zbiorze listów Hłaski, które Wydawnictwo Agora przypomina z okazji przypadających na ten rok okrągłych rocznic - 80. urodzin i 45. śmierci pisarza. Dobrze się stało, że te dwie pozycje ukazują się obok siebie - obie się uzupełniają i wzajemnie tłumaczą. Warto je przeczytać właśnie w tej kolejności, zaczynając od "Listów". Po ich lekturze inaczej wybrzmiewają niektóre fragmenty "Pięknych dwudziestoletnich", np. te mówiące o biedzie pisarza. "Kiedy umiera człowiek wolny, kończy się życie pełne niebezpieczeństw, pełne walki, pełne radości. Ale kiedy umiera nędzarz, kończy się tylko wstyd". Pisząc "Pięknych dwudziestoletnich" Hłasko był nędzarzem. Mimo oszałamiającego sukcesu literackiego w kraju, a po jego opuszczeniu może nie tak spektakularnej, ale jednak pracy pisarskiej, tak naprawdę żył w nędzy, imając się prostych fizycznych prac, często zwyczajnie cierpiąc głód. Kiedy pisał "Pięknych dwudziestoletnich", miał zaledwie 32 lata, ale jego książka ma charakter tak rozliczeniowy, jakby pisał je leciwy autor u schyłku życia. I rzeczywiście - trzy lata później już nie żył. "Założyłem sobie, że jeśli nie napiszę do czterdziestki porządnej książki, to wezmę się za coś innego. Mam siedemnaście zawodów i każdej chwili mogę pracować jako betoniarz, szofer czy też spawacz; tak więc mam jeszcze osiem lat próby. Napisałem do tego czasu kilkadziesiąt opowiadań; z tych kilkudziesięciu czytać mogę tylko cztery; nie lubię jednak ani jednego".

Mit, który pozwolił mu zaistnieć w literaturze, na dłuższą metę nie dał się obronić. Nie można do końca życia być pięknym dwudziestoletnim. Nawet więcej, ten mit obrócił się przeciwko niemu. Kiedy jako 24-latek wyjechał z kraju, a władze odmówiły mu możliwości powrotu, został odcięty od życiodajnych korzeni swojego pisarstwa. Bieda, marazm, pijaństwo, brak perspektyw - doświadczył ich i później, w Izraelu, w Niemczech, w Paryżu, ale nigdzie nie smakowały tak jak w ojczyźnie. Nie potrafił o nich opowiadać z równie przejmującą siłą. "Pierwszy krok w chmurach" możliwy był tylko w Polsce. Pisząc "Pięknych dwudziestoletnich" Hłasko zaczynał to rozumieć. "Pamiętam swoją pierwszą wizytę u Sandauera; poszedłem pożyczyć pieniądze. Sandauer zaczął mi czytać wiersze Białoszewskiego; ja siedziałem i nic nie rozumiałem. Wreszcie Sandauer przerwał czytanie. - Rozumie pan? - Nie - odpowiedziałem". Po trzeciej próbie tłumaczenia Hłasce, że Białoszewski wielkim poetą był, Sandauer wywalił go za drzwi. Jego proza nigdy nie okrzepła, nie dojrzała, nie obrosła intelektualizmem, podobnie jak on sam. Jej siła tkwi w emocjach, tych dwudziestoletnich, być może naiwnych, ale nie do podrobienia, które po latach wciąż uwodzą. W warstwie fabuły "Piękni dwudziestoletni" są w dużej mierze autokreacją. Ale jeśli chodzi o emocje, to obok "Pierwszego kroku w chmurach" najprawdziwsza książka Hłaski. I dlatego najlepsza.