Jego więcej niż pięć minut zaczęło się od wydania trzeciej płyty, która w tytule zawierała wielki przebój. "Are You Gonna Go My Way" rozpoczyna krwisty rockowy riff jakiego nie powstydziliby się Rolling Stonesi, i który towarzyszy linii wokalnej przez cały czas trwania utworu. Ale jeszcze większą furorę zrobił klip do piosenki. Kravitz zapięty pod szyję w czerwonym kostiumie, wymachuje dreadami na wszystkie strony, kręci piruety z gitarą Flying V, a nad jego głową, na wysokich piętrach niby Koloseum, wirują roztańczeni fani. Stacja MTV wyróżniła ten klip w kategorii "najlepszy męski teledysk", a płyta, na której znalazła się piosenka, pokryła się w USA najpierw złotem, a później platyną.

Jego piosenki regularnie były nagradzane. Kravitz trzy razy odebrał prestiżową Grammy - za pierwszym razem za "Fly Away", później za "American Woman" i w końcu za "Again". Amerykańscy koszykarze mieli przyjemność rozgrywać swoje mecze przy akompaniamencie "Come On And Get It". Czy można było sobie wymarzyć lepszy hit na otwarcie sezonu NBA? Artysta wypadł bardzo wiarygodnie, bo rapowany śpiew pasował jak ulał do meczowej dramaturgii, kiedy piłka po efektownej akcji przelatuje z szelestem przez siatkę. Ci, którzy zarzucali mu pójście na lep komercji, nie powinni zapominać, że piosenki startowe to specjalność amerykańskiego show-biznesu muzycznego. Przecież Rolling Stonesi nie widzieli nic zdrożnego w reklamowaniu Windowsa 95 kawałkiem "Start Me Up". Do twórczości Kravitza z zupełnie innego powodu przyczepili się raperzy z grupy Public Enemy, zarzucając mu, że pisząc dla Madonny numer "Justify My Love", ukradł im instrumentalny wstęp do "Security Of The First World". Sprawa rozeszła się po kościach.

Jego słabość do kobiet nie ograniczała się tylko do artystek z tej samej branży, choć na Madonnie nie poprzestał. Znany ze swoich pokojowych zamiarów w stosunku do ludzi i świata, nagrał własną wersję "Give Peace A Chance" Johna Lennona, do nowego tekstu syna wybitnego Beatlesa - Seana, ale apel o pokój w Zatoce Perskiej na prośbę piosenkarza nie nastąpił. Przemówić do rozsądku możnym tego świata okazało się dużo trudniejsze niż emocjonalnie zbliżyć do wdowy po Lennonie. Tabloidy pisały o rzekomym romansie muzyka z Yoko Ono, ale oboje zaprzeczali. Niezrażony Kravitz dalej odważnie flirtował z piosenkarkami, aktorkami i modelkami. Tuż przed ślubem z Nicole Kidman, został przyłapany przez fotoreporterów na czułościach z brazylijską miss urody Isis Arrudy i wesele trzeba było odwoływać. Ale najbardziej przeżył rozwód z aktorką Lisą Bonet po sześciu latach małżeństwa. To podobno ona była facetem w ich związku i dzięki niej nagrał debiutancki album "Let Love Rule".

Jego kumpel Slash, który przyjedzie na koncert do Polski kilkanaście dni później (wystąpi 20 listopada w Krakowie) też miał pewien wpływ na wypromowanie Kravitza. Gdy ten u progu lat 90. nagrywał swój drugi album "Mama Said", nie był jeszcze do przesady popularny. Co innego gitarzysta Guns N' Roses, z którym Lenny zna się jeszcze od czasów szkolnych w Beverly Hills High School. Zatrudnienie Slasha kończącego za moment przygodę z "Pistoletami i Różami" miało pomóc w wypromowaniu szykowanego longplaya. Strzał był udany, bo koleżeńska solówka w singlowym "Always On The Run" zapewniła Lenny'emu marketingowe wsparcie, a jednocześnie nie odwróciła uwagi od całej płyty, która spodobała się krytykom.

Jego opinia o nim samym pozostaje właściwie niezmienna. "Jestem absolutnym schizofrenikiem" - powtarzał w wywiadach. No bo jeśli z jednej strony ma się w rodzinie Żydów i Rosjan, z drugiej natomiast Afroamerykanów, trudno permanentnie nie popadać w tożsamościowy kryzys. Ale fakt, że wychowywał się i w eleganckiej nowojorskiej dzielnicy, i w brooklyńskim getcie, znacząco wpłynął na muzykę Kravitza, która jest tak samo biała jak czarna.