Konrad Wojciechowski: Filharmonia Dowcipu to brzmi i poważnie, i śmiesznie. Czego jest tu więcej: patosu czy satyry?

Waldemar Malicki: - Dokonaliśmy obliczeń, ile czasu w naszym prawie dwuipółgodzinnym programie koncertowym zajmuje muzyka klasyczna. I wyszło, że tylko 8 proc. Resztę repertuaru wypełnia humor oraz inne gatunki muzyczne, tj. rock, rap, heavy metal czy elementy grunge'u. Naszą bronią masowego rażenia jest trzymanie ludzi w niepewności. Uważam, że ze sztuką mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy nie wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Trudno czerpać przyjemność z oglądania filmu o przewidywalnej fabule. Twórca ma wciągnąć odbiorcę w swój świat i sprawić, aby ten nie miał ochoty z niego uciec.

Czy wy przypadkiem nie dworujecie sobie z powagi instytucji, która ma dobrze brzmieć i elegancko wyglądać?

- Filharmonia powinna być miejscem, które zarówno prezentuje arcydzieła przeszłości, jak i promieniuje eksperymentem. Zamiast tego albo buduje wokół siebie święty mur szacunku, albo żebrze o łaskę publiczności. Jedynym pomysłem na kupowanie ciekawości widza są koncerty operetkowe, gdzie piękne diwy i tenorzy z bródką udają hrabiów. W telewizji leci kabarecik, a w filharmonii króluje operetka - takie mamy trendy.

Co różni więc waszą lekką rozrywkę od telewizyjnej tandety?

- Jest różnica między twórczością a usługą. Programy typu: przeboje rockowe symfonicznie albo najpiękniejsze melodie barokowe to są działania czysto usługowe. My robimy program autorski, używając do tego celu rozpoznawalnych dzieł muzycznych. Nie serwujemy muzyki klasycznej w uproszczonej wersji. Zderzamy ją z innymi gatunkami, bezczelnie patrosząc z muzealnej powagi. Dla jednych klasyka trochę na tym cierpi, dla innych okazuje swoją duchową szlachetność i wieczną maestrię.

Zderzenia zwykle źle się kończą. Jak unikacie scenicznej kraksy?

- Z tego zderzenia ma powstać ciekawy roztwór, a nie zawiesina. Wiedziałem kiedyś wspólny występ Luciano Pavarottiego ze Spice Girls. Pavarotti śpiewający popowe przeboje swoim fenomenalnym głosem wypadł fatalnie, bo takie piosenki oparte są na krótkiej frazie, a tenor potrzebuje dużo więcej miejsca, żeby wokalnie się rozpędzić i dobrze zabrzmieć. Filharmonia Dowcipu nie idzie na łatwiznę. Za pomocą dźwięku wysyłamy emocje, które później służą za informacje. Chcemy, żeby publiczność domyślała się, o co nam chodzi.

Ale chyba nie wymagacie od ludzi filharmonicznej wiedzy?

- Broń Boże! Cały pomysł polega na tym, aby widzowie mieli minimum kompetencji. Mają czuć się komfortowo, tak jak ja się czuję, oglądając programy przyrodnicze BBC. Jeśli oglądam zwierzęta z trzeciorzędu, nikt nie wymaga ode mnie wiedzy o faunie tego okresu. Dlatego w Filharmonii Dowcipu staramy się operować znanym tematami i skojarzeniami, aby przeciętnie wykształcony Europejczyk mógł się połapać w naszych zamiarach.

Numer ze starszym panem dyrygentem, skaczącym - mimo swej wagi i powagi - jak królik po scenie, to widok bardzo niecodzienny. O co tu chodzi?

- Bernard jest inteligentnym człowiekiem, który nagle odkrył w sobie umiejętność skaczącego dyrygenta i skacze na przekór prawom grawitacji. Dobija do sześćdziesiątki, zresztą tak jak ja, ale to w niczym nie przeszkadza. Jesteśmy zdrowi, zadowoleni i całe życie jeszcze przed nami. Jest w naszym gronie także kilka efektownych dziewczyn, muzycznych freelancerek. Mierzymy je, ważymy i angażujemy do pracy. Gdyby budżet nam pozwolił, wszystkie panie ubralibyśmy jak Rihanny.

Chce pan powiedzieć, że tak popularny program nie może na siebie zarobić?

- Filharmonia Dowcipu nie dostaje żadnych dotacji z rządowej czy samorządowej kasy. Jesteśmy skrajnie niezależnym od nikogo, samofinansującym się, tworem. Naszym jedynym źródłem utrzymania i partnerem życiowym jest publiczność. Nawet więcej - ona jest naszym właścicielem, bo przychodząc na koncerty, decyduje o naszej egzystencji.

Dlaczego nowego programu Filharmonii Dowcipu nie można zobaczyć w telewizji?

- Być może zadziałała tu stalinowska zasada: "nagrodzić i rozstrzelać". Od czterech lat publiczność jest skazana na oglądanie powtórek naszych programów, za co wszystkich serdecznie przepraszam.

Nie korci pana czasem, aby wrócić do wcielenia poważnego filharmonika?

- Od dawna wiem, że chcąc robić coś dobrze, trzeba skoncentrować się na jednym. Oczywiście dalej jestem w stanie zagrać koncert kameralny, solowy czy z orkiestrą, ale tego nie robię, bo musiałbym znowu zmienić się w kogoś, kim byłem przez całe życie. A już nim dawno nie jestem. Moi koledzy z Filharmonii Dowcipu też skończyli z poprzednim życiem. Nie moglibyśmy wrócić do przeszłości i udawać, że nic się nie stało.