Jeżeli prawdą jest, co mówią - że jeśli nie ma cię w internecie, to tak naprawdę nie istniejesz - Riffertone pogrążony jest w niebycie. Poza zdawkowymi informacjami trudno znaleźć w sieci więcej szczegółów na temat Alberta Kokoszewskiego (gitara) i Jarosława Krużołka (śpiew) poza tym, że lubią muzykować, a to, co wymyślą, testują na YouTubie.

Debiut w szkole

- To się zaczęło osiem lat temu. Wygraliśmy na szkolnym przeglądzie jakąś nagrodę, była statuetka, był dyplom i impuls do tego, aby zacząć grać na serio - mówi wokalista. Tradycje rodzinne - bo Albert i Jarek są kuzynami - kazały im nie przynieść wstydu babci, która występowała w Zespole Pieśni i Tańca Śląsk. - Zaczynałem od nauki na skrzypcach, ale szybko zamieniłem instrument ze smyczkiem na gitarę. Jarek natomiast najpierw grał na flecie prostym, a teraz śpiewa - wyjaśnia Albert. Później były szkolny chór gospel, wyjazd do Włoch i śpiewanie w tamtejszych kościołach pieśni religijnych, a po drodze jeszcze zespół rockowy i w końcu duet.

Następny Sistars?

Długo głowili się nad nazwą dla zespołu. Zanim wybrali Riffertone, padały różne propozycje. - Chcieliśmy się nazwać The Cousins, ale byli już na rynku i Sistars, i Bracia, więc uznaliśmy, że nie ma sensu się powtarzać. A nazwa U2 była, niestety, zarezerwowana - śmieje się Jarek.

Kiedy do rodzinnego duetu dołączyli inni instrumentaliści, udało się zorganizować pierwszy biletowany koncert. Muzycy zagrali bluesowy jam w bielskim klubie Grawitacja. Zagrali. po czym się rozpadli. - To był okres maturalny. Każdy z nas planował sobie przyszłość, więc koledzy z kapeli rozjechali się na studia - wyjaśnia Krużołek. I znowu na polu bitwy zostało ich dwóch.

Na brak zajęć nie mogli jednak narzekać, bo niebawem znaleźli angaż w grupie De Nuevo, która próbowała oswajać polską publiczność z muzyką hiszpańską. A robiła to przed kamerami telewizyjnymi popularnego programu "Must Be The Music. Tylko Muzyka". - Bardzo przyjemnie wspominamy ten epizod. Muszę przyznać, że było spore zapotrzebowanie na taneczną muzykę. No, bo kto nie lubi się pobawić przy dźwiękach Gipsy Kings? - pyta retorycznie Albert. Ale już zgodnym chórem dodają, że cały czas myśleli o autorskich piosenkach i regularnie nagrywali coś na boku.

Support ELO wielkim krokiem

O powodzeniu z reguły decyduje przypadek i tak było tym razem. Po wrzuceniu kawałka "Reflection" na You Tube'a do Jarka i Alberta odezwał się producent Wojciech Olszak, który przygarnął ich pod skrzydła Muzycznej Owczarni - ostoi dla wielu młodych artystów, gdzie można zagrać koncert albo wziąć udział w warsztatach. Kuzyni nie omieszkali skorzystać także z innej okazji - zgłosili się do przeglądu "Zrób głośniej!" przy T-Mobile Music i tam zostali zauważeni przez internautów. Był rok 2011. A dwa lata później ktoś, komu wpadli w ucho, polecił ich dużej agencji koncertowej, która organizowała trasę koncertową Electric Light Orchestra po Polsce i potrzebny był zespół do supportu. Wybrano Riffertone. - Kiedy mój ojciec dowiedział się, że będziemy poprzedzać ELO, bardzo się ucieszył, bo to muzyka jego młodości. Czuliśmy dużą tremę, ale muzycy legendarnego zespołu pochodzili do nas po koncercie i chyba nie tylko dla dodania otuchy na przyszłość powtarzali: "Dobra robota" - wspomina Albert.

Bita śmietana czy wyborna ballada

Koncerty u boku ELO były jesienią 2013, wiosną tego samego roku Riffertone wystąpiło przed wokalistą Simple Red Mickiem Hucknallem w Sali Kongresowej, a w pierwszej połowie 2014 doszło do półfinału 7. edycji "Must Be The Music". Ale za piosenkę "Po co więcej" zebrali więcej cięgów niż pochwał. Wprawdzie Elżbiecie Zapędowskiej i Adamowi Sztabie się podobało, ale Kora była bardzo na nie, a Piotr Rogucki powiedział, że zemdliło go jak po zjedzeniu dwóch kilogramów bitej śmietany. - Takie opinie to jeszcze nic. Jacyś ludzie stwierdzili, że musimy być parą, bo tak na siebie patrzymy na scenie - śmieją się muzycy.

Muzycznie są zgrani jak Simon i Garfunkel, choć Jarek woli akurat Bryana Adamsa (co słychać w "I Still Love You"), mimo że momentami śpiewa podobnie do Stinga ("Strangers"). Album "Someday, Somewhere" nie przynosi jednak samych cukierkowych ballad, bo są tu też odważnie jazzujące kawałki ("Childhood Memories"). - Bo nasza siła tkwi w różnorodności - zapewniają kuzyni.