Zaczęło się dość niespodziewanie - od burzliwego romansu, który zastał muzyka w Londynie, po czym teleportował do stolicy Italii, miejsca wprost wymarzonego dla zakochanych par. Ale czy mogło być inaczej, skoro już sama nazwa Roma (po włosku Rzym) brzmi w naszych ustach jak miłość o nieznanym przeznaczeniu, bo nie wiadomo, jak ten romans się skończy. Mazolewski finału nie zdradza, uznał natomiast, że kompozycja "Roma I" powinna otwierać płytę, a "Roma II" ją zamykać. Co jest pomiędzy? - Tęsknota, pożądanie i wiele innych płomiennych uczuć. O zakochanych mówi się, że są duchowymi mistrzami, ponieważ ich szczęście jest jak sięganie absolutu. Życie w trasie, z dala od domu, sprawia, że uczucia mocniej we mnie wybrzmiewają. Tytuł płyty "Polka" może wyrażać przywiązanie do miejsca, które jest mi szczególnie bliskie - tłumaczy Mazolewski.

Album powstawał w kilku miejscach, rzec można w trasie koncertowej, która wiodła jazzmana przez różne miasta na mapie Polski i świata. Był już w Rzymie, po drodze wpadł do Paryża, wyprawił się do dalekiego Bangkoku i znacznie bliżej - bo przez miedzę - do Berlina. Ale ważnym punktem wycieczki było rodzinne Trójmiasto, któremu Mazolewski oddał hołd w utworze "Punk-T Gdańsk". - Mój ojciec pływał na statku, więc ta marynistyczna otoczka Trójmiasta zawsze mi się podobała. Poczucie życia nad morzem jest bardzo budujące. Ma się wrażenie, że można stąd uciec w każdym momencie. Kiedy byłem mały, a w Polsce panował ponury PRL, wydawało mi się, że kiedy wsiądę w kajak i dobrze pocisnę, znajdę się gdzieś daleko stąd, w lepszym świecie - wspomina ze śmiechem artysta.

W jego sposobie myślenia o muzyce chropawy punk zawsze bezpiecznie sąsiadował z wytwornym jazzem. Można powiedzieć, że przywiązanie do tych muzycznych skrajności, Mazolewski ma wygrawerowane w sercu, ale on ze swoimi gustami obnosi się na zewnątrz, o czym świadczą tatuaże nad kostkami palców lewej i prawej dłoni układające się w czteroliterowe nazwy tychże gatunków. - To manifestacja mojego przywiązania do wolności w sztuce. Czasem trzeba walnąć pięścią w stół i tupnąć nogą, aby bronić tego, co się robi i żeby nikt nie zaśmiecał naszego ogródka [śmiech]. Jako nastolatek śpiewałem w punkowym zespole Iwan Groźny. Te działania artystyczno-wywrotowe wyrażały moją niezgodę na rzeczywistość. Punk pasował mnie na kontestatora - przyznaje Mazolewski.

Ale punkowcem z krwi i kości jednak nie został. Okazało się, że zbuntowany nie słowem a dźwiękiem jazz również może być cegłą w murze, po wyjęciu której runie skostniała konstrukcja, a z tumanów kurzu wyłoni się nowy ład. Dla Mazolewskiego przełomem było nagranie płyty "Grzybobranie". - Chciałem w ten sposób wyrazić wdzięczność dla całej tradycji polskiego jazzu. Stańko, Komeda czy Namysłowski to ludzie, którzy mnie inspirowali, a ich krzyk wolności w PRL-u dał się słyszeć dalece bardziej niż cenzurowane słowa poetów. Do "Grzybobrania" zaprosiłem wielu młodych, dziś dobrze znanych muzyków jazzowych. Razem sforsowaliśmy granicę krępującą dotąd nasz wkład w walkę o szczerość w sztuce. To pasowanie na wojownika przypominało indiański rytuał podawania pejotlu [substancji odurzającej - przyp. KW] neoficie przez szamana. My zamiast pejotlu konsumowaliśmy grzyby [też psychoaktywne - przyp. KW] - śmieje się Wojtek.

Na płycie "Polka" Mazolewskiemu w tej walce wiernie sekundują Marek Pospieszalski, Qba Janicki, Michał Bryndal, Oskar Török i przede wszystkim pianistka Joanna Duda. - Kiedyś myślałem, że wszyscy pianiści grają tak samo, dopóki nie usłyszałem Alice Coltrane. Joanna gra równie oryginalnie. Pasujemy do siebie jak Yin i Yang - filozofuje muzyk.

Miejscem, w którym ta jazzowa banda najchętniej spędza czas, jest warszawski Grochów. To kolejny przystanek na płycie Mazolewskiego. - Tam, w domu u Joanny robimy latem garden party, a w sylwestra wdrapujemy się na dach i oglądamy fajerwerki nad Warszawą - mówi Wojtek.

Album "Polka" - na którym zmieściły się także covery Nirvany, Rage Against The Machine i Major Lazer - serwuje jazz lekkostrawny, ani przeintelektualizowany, ani snobistyczny. - Z jazzem jest jak z budynkiem, który ma cieszyć oko i wzbogacać przestrzeń. Żeby czuć się dobrze w jego wnętrzu, nie trzeba wiedzieć, z jakich materiałów został zbudowany. Tak samo jest z muzyką - kończy artysta.