Z Fiszem i Emade rozmawia Konrad Wojciechowski

Słyszałem opinię, że jesteście za mało hiphopowi jak na hiphopowców przystało. Ale wy chyba nie macie ambicji bycia nadmiernie hiphopowymi?

Bartosz "Fisz" Waglewski: - Nie, zupełnie. Każde pokolenie utożsamia się z jakimś rodzajem muzyki. Dla naszego taty ważny był Jimi Hendrix, dla nas ważniejsi byli wykonawcy pokroju Beastie Boys, którzy wyciągali konsekwencje i z muzyki garażowej, i z hip-hopu. W latach 90. gitara przestała być elementem uwodzenia i fetyszu, a w jej miejsce pojawili się kolesie z gramofonami, którzy nie uznają melodii ani harmonii, tylko nawijają do mikrofonu. Kiedy nastał boom na telewizję kablową, okazało się, że rap, który docierał do nas dotąd w postaci czysto popowej, głównie za sprawą MC Hammera, jest szalenie dynamiczną kulturą. Że to nie tylko sama muzyka, ale też freestyle i produkcja, a nawet jazda na deskorolce. Językiem, który pozwolił mi i mojemu bratu wejść na scenę, był hip-hop. To środowisko zaczęło do siebie naturalnie lgnąć. Ale w całej tej rozgadanej twórczości zaczęła interesować nas muzyka autorska, więc wąskie ramy gatunkowe zaczęły się rozłazić. Zresztą czasy mamy eklektyczne, żyjemy w kulturze cytatu. No i ludzie się zmienili. Publiczność nie przychodzi już na imprezę hiphopową czy hipsterską. Przychodzi posłuchać muzyki.

Czyli hip-hop wyrósł z subkulturowego skansenu?

Piotr "Emade" Waglewski: Nie do końca. Hip-hop pozostał nadal hermetycznym światem, ale oczywiście coraz częściej otwiera się na nowe przygody muzyczne. Podejrzewam jednak, że gdybyśmy album "Mamut" wydali siedem lat temu, wieszano by nas na latarniach. Dzisiaj już nie ma tego problemu - ludzie dobrze się bawią przy naszej muzyce i nie przeszkadza im, że poszliśmy w piosenkową formę.

Mamut to gatunek wymarły. Mam rozumieć, że wasza muzyka stała się bardziej oldschoolowa?

Fisz: - Na "Mamucie" eksplorujemy dźwięki bliskie nawet latom 70., kiedy renesans przeżywało electro boogie i scena klubowa. To był czas kontrowersyjnych eksperymentów, kiedy punkowcy z The Clash zapraszali na tournée po Ameryce hiphopowców, a kapele typu Blondie czy Talking Heads śmiało flirtowały z muzyką dyskotekową. Duże wrażenie zrobiła na mnie muzyka francuska, to, o czym niedawno przypomniał Daft Pank, nagrywając kawałki nawiązujące do space rocka. Dziś taka konwencja wydaje się śmieszna, bo to była też epoka kiczowatych teledysków, na których facet w srebrnym przebraniu robota tańczył pod błyszczącą kulą. Ale choćby miękkie brzmienie instrumentów klawiszowych z lat 70. do dziś wydaje się fascynujące. O czymś to świadczy, że producenci muzyczni i didżeje zbierają stare płyty i próbują odtworzyć tamte brzmienia. My też chętnie sięgamy do muzyki, która jeszcze dwa lata temu wydawała się niemodna albo pozornie martwa.

Emade: -Weszliśmy w rejony muzyczne, w których jeszcze nas nie było. Nazywamy tamtą muzykę tandetną, ale tandeta tandecie nierówna; dzisiejsza jest jednak dużo gorsza. Starałem się powyciągać z brzmień zbliżonych do Bee Gees czy ABBY kwintesencję taneczności i przenieść na współczesny grunt. To było jak zastrzyk weny i energii. Kawałki powstawały taśmowo, jeden po drugim.

Jaka była pierwsza myśl - robimy płytę inną niż do tej pory?

Fisz: Myśleliśmy o płycie rozgadanej, rapującej, ale doszliśmy do wniosku, że nie chcemy, aby cały album brzmiał tak samo. To Piotrek zaproponował piosenkową formę. Pierwszym utworem, który dostałem do zaśpiewania, było "Zwiedzam świat". Na początku wpadłem w przerażenie, bo nie wiedziałem, jak mam to rapować. W końcu wymyśliłem, że opowiem o świecie, który widzę dookoła - o roztańczonym bankiecie glamour, ale też o sforze zombie, która zagłusza życiowy lęk.

Dlatego śpiewasz turpistyczne erotyki i zapraszasz na bal na Titanicu?

Fisz: -Nie odbieram tych tekstów broń Boże w sposób dekadencki. Fascynują mnie tematy spychane na margines. Jestem trochę tytułowym mamutem, bo czytam książki, ale nie tracę z oczu popkultury i lubię język potoczny. Podobnie jak Woody'emu Allenowi udziela mi się neurotyczne myślenie o końcu, ale nie próbuję zagłaskiwać śmierci. Pogodzenie się z losem pozwala na normalne, intensywne życie i o tym śpiewam w "Pyle". Możemy rozprasowywać sobie zmarszczki, lecz od rzeczywistości nie uciekniemy.

Czy przestrzegaliście stylistycznych norm, aby "Mamut" nie przypominał Kim Nowak albo projektów nagrywanych z ojcem?

Emade: -Trzymam muzyczny sztandar nad wszystkimi trzema projektami, które - mimo ewidentnych podobieństw - są jednak różne, ale nie wytyczam granic. Daleko nam do artystów, którzy grzęzną w skrajnościach i z tandetnego popu przechodzą do ambitnej alternatywy. Nasza muzyka powstaje prosto z serca i jest wolna od kalkulacji typu: czy robimy coś na kształt Kim Nowak czy Waglewskiego Fisza Emade. I tym sposobem w epoce "Mamuta" znaleźliśmy się spontanicznie.