Z Maciejem Januszką, wokalistą Mecha, rozmawia Konrad Wojciechowski

Albumem "X" uroczyście obchodzicie dziesięciolecie grupy Mech, ale zespół istnieje od końca lat 70. Kto się pomylił w obliczeniach?

- To zamierzony jubileusz. Gdybym poszperał w pamięci, kiedy po raz pierwszy wydobyłem dźwięk z gitary, musiałbym datować istnienie zespołu od czasów licealnych, a przecież nie o to chodzi. Mech reaktywował się w 2004 r. jako zupełnie inna kapela, grająca dziki metal zamiast klawiszowego art rocka. Płytę wspominkową przygotowaliśmy w piorunującym tempie. Po miesiącu od decyzji była już gotowa. Okładkę zaprojektowała moja córka: pacnęła czerwonego iksa i dała nam krzyżyk na dalszą drogę.

Płyta jest składanką piosenek z różnych okresów działalności Mecha, ale po 2004 r. na każdym nowym albumie przypominaliście swoje utwory z lat 80., dlaczego?

- Bo to są fajne kawałki, mam do nich duży sentyment. Jednym z faworytów jest "Popłoch", który pokazaliśmy w zmienionej aranżacji trzy lata temu na płycie "Zwo", i który teraz znalazł się w jubileuszowym zestawie. Mało kto wie, że tę piosenkę, pod pierwotnym tytułem "Marsz wilków", napisaliśmy do filmu "Akademia pana Kleksa". Równolegle inną wersję nagrało TSA i to ich piosenka wylądowała w filmie, a ja naszą włączyłem do repertuaru Mecha. Napisałem nowe słowa, zmieniłem tytuł na "Popłoch".

Powspominajmy urodzinowo - Mech nagrał dwie płyty w czasach, kiedy szczyt popularności przeżywał Perfect czy Lady Pank.

- Ale my nie byliśmy tak samo popularni, mieliśmy kiepski PR. Kiedy w 1983 r. wystąpiliśmy z przebojem "Piłem z diabłem bruderszaft" w Telewizyjnej Liście Przebojów, środowisko muzyków napadło na nas z pretensjami, że publicznie występujemy w stanie wojennym. Cenzura i tak ściągnęła nas z anteny. To był szok, że przed kamerami paradują pomalowani na złoto faceci w płaszczach i wojskowych ciuchach. Telewizja nigdy nas nie kochała.

Ale kilka lat później prowadziłeś popularny program telewizyjny dla młodzieży "Luz"...

- Fakt, miałem swoje pięć minut przed kamerami. Razem z twórcami programu mieliśmy nawet dostać nagrodę od Radiokomitetu, ale podpadliśmy i zamiast laurów posypały się zwolnienia. Bo w rocznicę wybuchu rewolucji październikowej puściliśmy film Andrzeja Fidyka "Defilada" o północnokoreańskim dyktatorze Kim Ir Senie. Mieliśmy zgodę na emisję innego materiału, ale w ostatniej chwili podmieniliśmy taśmy. To był schyłek PRL-u, chcieliśmy na kanwie zmian ustrojowych w Polsce pokazać wciąż zniewolony świat. Tym razem wywalili mnie z telewizji na dobre.

I z tego powodu cierpisz na słabą rozpoznawalność na koncertach?

- Z tym nie jest najgorzej, bo Mech ma swój twardy elektorat. Ale rzeczywiście zdarza mi się ukrywać twarz. pod maskami od fanów. Lubię zwłaszcza tę diabelską w kolorze czerwonym, lecz w niej trudno się oddycha. Mam także materiałową maskę wyszywaną cekinami w trupią czaszkę. Jest dużo wygodniejsza i da się przez nią ryczeć do mikrofonu.

Czy każdy koncert Mecha to ekstremalne spotkanie z muzyką, której nawet nie sposób zanucić?

- Przesada. Nasze piosenki to same hity! W wakacje zagraliśmy dla pana młodego na zabawie weselnej. Ale mieliśmy pietra! Kiedy podniosła się kurtyna, ujrzałem dwieście osób ubranych na galowo, które stoją z kieliszkami i wbijają we mnie wzrok, a wokół cisza jak makiem zasiał. Zaczęliśmy od najwolniejszych ballad, a ja uspokajałem publikę: "Proszę państwa, przepraszamy, jeśli będzie za głośno". W końcu przyłożyliśmy i tak się wszystkim spodobało, że tańcom nie było końca, a zespół musiał bisować.

Szykujecie jakąś fetę z okazji dziesięciolecia? Będzie uroczysty bankiet?

- Też bym się napił, ale na spektakularne świętowanie przyjdzie czas na moim pogrzebie (śmiech). Teraz planujemy trasę. Na początku lutego Mech zagra w Progresji w ramach Heavy Metal Night jako headliner festiwalu młodych zespołów.

Kto jest bohaterem piosenki "To on, to on, to on", która jako premierowy singiel trafiła na album "X"?

- Pewien artysta krajowej sceny, któremu pisałem ten utwór na zamówienie, ale nie zdążyliśmy go nagrać, więc piosenkę przygarnął Mech. Trochę szkoda, bo ominęła mnie niemała kasa (śmiech). Liczę jednak, że w przyszłości coś wspólnie zrobimy. Muszę się lansować, dopóki jeszcze trochę ludzi mnie kojarzy jako najtrwalszy rockowy okaz w tym kraju (śmiech).