Jeśli chodzi o kino Tarantino, odpowiedź nigdy nie jest prosta, a żadna granica taką, której nie można by było przekroczyć. Reżyser łączy rozmach westernu z kameralnością pomieszczenia, w którym rozgrywa się właściwie cała akcja. Widzów wodzi za nos już od sekwencji otwarcia. Każdy, kto zna kultowy dialog o przesłaniu "Like a Virgin" Madonny ze "Wściekłych psów", barowe mysie-pysie przed napadem w "Pulp Fiction" czy początek "Bękartów wojny", oczekuje mocnego początku. Rzeczywiście, na swój sposób będzie mocny: dostajemy majestatyczny, pokryty śniegiem krajobraz z potężnym krzyżem na pierwszym planie i muzyką Ennia Morricone.



Ten krajobraz przecina pędzący dyliżans. W środku, w futrze i czapie siedzi John "Szubienica" Ruth (Kurt Russell), a obok niego "poobijana" przestępczyni (Jennifer Jason Leigh). Wiezie ją na stryczek, za co dostanie niemałą sumkę. Po drodze, nie bez oporów, zgarnia jeszcze dwóch pasażerów: innego łowcę głów majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson) i podejrzanego faceta (Walton Goggins), który przedstawia się jako szeryf miasteczka. Pogoda jest podła, więc nie widząc innego wyjścia, zamierzają się ukryć w pobliskim zajeździe na górskiej przełęczy. Na miejscu czekają inni. Gdy tytułowa ósemka nieznajomych utknie po jednym dachem, odcięta od świata przez zamieć śnieżną, znając obsesję reżysera na punkcie zemsty i przemocy, jasne, że większość nie wyjdzie z tego żywa. W końcu każdy ma broń, skrywa tajemnicę i prawdziwe intencje.

Zaraz coś się wydarzy

Zanim jednak w szalonym finale drewniana podłoga piekielnej gospody spłynie krwią (żeby tylko!), dostaniemy celowo przegadane widowisko, w którym nic nie będzie takie, na jakie wygląda. Narracja spowalnia, dialogi pisanie pod konkretnych aktorów pęcznieją od docinek i anegdotek. A my - co jakiś czas wybuchając śmiechem - czujemy, że w tej klaustrofobicznej przestrzeni zaraz coś się wydarzy. I słusznie, choć na pierwszego trupa (poza tymi wiezionymi przez Marquisa) przyjdzie nam chwilę poczekać, racząc się dialogiem za dialogiem, nawet jeśli trochę się dłużą. Nie ma jednak sensu zastanawiać się, który z członków tego szemranego towarzystwa jest "dobry" czy "sprawiedliwy", bo wszyscy mają coś na sumieniu: gardzą pozostałymi, łżą i dbają wyłącznie o swój tyłek. Nawet jeśli kreują się na porządnych obywateli. Pozostaje więc pytanie, kto jest gorszy od reszty? Czy właściwie - dlaczego.

Zarazem warto się nacieszyć aktorskimi popisami, choćby w epizodach perełkach. Twórca "Pulp Fiction" potwierdza wyczucie nie tylko do popkulturowej żonglerki motywami, ale i obsady. Tak jak 20 lat temu o Johnie Travolcie, tak teraz przypomniał światu o Jennifer Jason Leigh. Walton Goggins ma do zagrania więcej niż w "Django", Samuel L. Jackson z Kurtem Russellem są równorzędnymi rywalami, czy może sojusznikami - układ sił w końcu co chwila się tu zmienia. Ze starej, dobrej ferajny Tarantino wciągnął na pokład jeszcze Michaela Madsena i Tima Rotha. Szczególnie ten ostatni (w roli kata z cudnym brytyjskim akcentem) to dobry wybór.

Tło tej cyniczne makabreski, rozkręcającej się powoli, gatunkowej rozpierduchy okazuje się równie ciekawe, co rozwiązanie filmowej zagadki. Tarantino kontynuuje w "Nienawistnej ósemce" rozważania o rasizmie i pokłosiu wojny secesyjnej, przewrotny test dla snu o równości, na której budowano USA, co czyni ją swoistą kontynuacją "Django". Przygląda się wątpliwej moralności, cenie lojalności w sytuacji, w której każdy ma zasady - problem, że każdy ma swoje. Dlatego im bliżej końca, ósmego pełnometrażowego filmu w dorobku genialnego samouka, tym dosadniej potwierdza się stara zasada, że w życiu pewna jest tylko śmierć.

Ulubiony aktor Tarantino

Samuel L. Jackson. Jeden z ulubionych aktorów Quentina Tarantino. Jako cytujący Biblię Jules stworzył niezapomniany duet w "Pulp Fiction"z Johnem Travoltą. Grani przez nich płatni zabójcy, groźnie wyglądający w czarnych garniakach, mieli odzyskać walizkę należącą do swojego szefa. W międzyczasie gadali sobie o ćwierćfunciakach z serem czy masażu stóp. Jackson dostał za tę kreację jedyną jak dotąd nominację do Oscara. Potem mogliśmy go oglądać w "Jackie Brown" (to dla niego tytułowa bohaterka, stewardesa grana przez Pam Grier, szmuglowała z Meksyku kasę), a w filmie "Kill Bill 2" tylko mignął przy pianinie na ślubie Umy Thurman. Choć ostatnio mocno namieszał rolą nienawidzącego swoich czarnych braci lokaja Leonarda DiCaprio w "Django", dopiero w "Nienawistnej ósemce" daje popis dzięki świetnie napisanym kwestiom. Wciela się we wspomnianego majora Marquisa, osławionego uczestnika wojny secesyjnej, obecnie łowcy nagród. Poznajemy go, gdy. siedzi na stosie zmrożonych ciał. Marquis się nie patyczkuje: gdy jakiś złoczyńca jest poszukiwany "żywy lub martwy", korzysta z możliwości danej przez wymiar sprawiedliwości. Wie, że z martwym przestępcą będzie miał mniej kłopotów.