Konrad Wojciechowski: Pamiętasz pierwszą napisaną piosenkę?

Marek Dutkiewicz: Zaczęło się od "Chodź, pomaluj mój świat". Ta piosenka ustawiła mi życie. W tym czasie studiowałem prawo na Uniwersytecie Warszawskim, ale zajęcia były śmiertelnie nudne. Na szczęście istniało drugie życie - muzyczne. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale notorycznie umawialiśmy się po nocach, na przykład z Piotrkiem Kaczkowskim, żeby przegrać płytę z Zachodu i zwrócić mu rano, bo ktoś następny czekał w kolejce. Ci wszyscy zbieracze, pasjonaci działali później w Rozgłośni Harcerskiej i puszczali na antenie radiowej kultowe albumy ze świata. Tak zaczynali Wojtek Mann, Marek Wiernik czy Kaczkowski. Kiedy trafiła się okazja nagrania pierwszych piosenek z moimi tekstami - "Wstawaj szkoda dnia" i "Chodź, pomaluj mój świat" - potraktowałem to jak wspaniałą przygodę. Nie dość, że sprawiało mi to przyjemność, to jeszcze ktoś chciał mi zapłacić. Gdyby wspomniane nagrania nie zaowocowały takim sukcesem, nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie. Pewnie zostałbym zgorzkniałym prawnikiem.



Prawnik to zawód elitarny i dobrze płatny. Zanim zacząłeś lansować przeboje, zarabiałeś grosze?

Klepałem biedę! Dlatego muzycy Dwa Plus Jeden zaproponowali mi pracę w roli konferansjera. Wychodziłem na scenę w fioletowej aksamitnej muszce i zapowiadałem ich piosenki podczas koncertów. Kiedy Czerwono-Czarni grali w Sali Kongresowej przed Stonesami w 1967 roku, też mieli konferansjera - taki peerelowski wynalazek, zupełnie niepraktykowany na Zachodzie. Kongresowa w ogóle była osobliwym miejscem, bo raz organizowano tam zjazdy partyjne, a kiedy indziej koncerty muzycznych gwiazd z Zachodu.

Pamiętający czasy socrealizmu Pałac Kultury, w którym mieściła się Kongresowa, spełniał zachodnie standardy?

Pozornie. W męskiej toalecie z marmurowej ściany wystawał chromowany bolec, po wciśnięciu którego spływała woda. Prawda była jednak brutalna. Drugi koniec bolca kończył się w przyległej pakamerze zardzewiałym grubym drutem przywiązanym do zwykłej spłuczki, która uruchamiała rezerwuar.

W wydanej książce "Jolka, Jolka, pamiętasz?" sporo miejsca poświęcasz zagranicznym podróżom. Skąd było cię stać na wojaże w PRL-u?

Gdy pierwszy raz leciałem do Stanów, zabrałem z Polski gruby rulon plakatów, który sprzedałem tam właścicielowi galerii sztuki i za zarobione pieniądze mogłem utrzymać się w Ameryce przez trzy miesiące. Sporo podróżowałem - wiosną 1981 roku do Nepalu, jesienią do USA, a gdy wróciłem do kraju, wprowadzono stan wojenny i w następnym roku mogłem pojechać najwyżej do Budapesztu. Cieć przed moim domem z satysfakcją powiedział, gdzie mogę sobie teraz ten paszport wsadzić.

Z Zachodu przywiozłeś wspomnienia, które były kanwą piosenki "Califormia mon amour".

Ten utwór nie był dobrze widziany w Polskim Radiu. Pojechaliśmy więc z Januszem Krukiem [liderem Dwa Plus Jeden - przyp. KW] do szefa muzycznego z dużą flaszką Johnniego Walkera, którą we trzech wydoiliśmy i dzięki temu piosenka trafiła na antenę. "California mon amour" zrobiła zawrotną karierę także w innych krajach demoludów, stając się wielkim hitem na Węgrzech.

Są artyści, dla których nie napisałeś przeboju?

Mam taką zasadę, że piszę dla konkretnych osób, jeśli zgłaszają zapotrzebowanie na mój tekst i pod warunkiem, że kompozycja mi się podoba. Kiedyś zadzwoniła do mnie Maryla Rodowicz z pytaniem, czy może zaśpiewać na swojej płycie piosenkę "Nocny sufit", którą z Sewerynem Krajewskim napisaliśmy dla Joanny Dark. Maryli spodobał się też mój numer "Przytul się" wykonywany przez Kombi. Jest wersja tej piosenki w wykonaniu Rodowicz i zespołu, ale artystka nie śpiewa tam na żywo - dograła swój wokal do już gotowego utworu.

Nie napisałeś też niczego Niemenowi, prawda?

Niestety, nie, choć miałem dla Czesława gotową piosenkę. Reżyser Filip Bajon zapytał, czy mam pomysł na napisanie numeru do filmu "Przedwiośnie". Usiedliśmy wspólnie z Mateuszem Pospieszalskim i wyszła nam piękną pieśń, nieco folkowa. Namówiłem Niemena, żeby ją zaśpiewał, bo ciągle - mimo walki z chorobą - był w dobrej formie wokalnej. Ale piosenkę utrącili szefowie wytwórni i przeforsowano inny kawałek. Szkoda. Wielka szkoda.

Urszula wspominała w wywiadach, że nie rozumiała wielu twoich tekstów, które dostawała do zaśpiewania. Też miałeś takie wrażenie?

Absolutnie, nie - wszystkie kawałki wykonywała w studiu elegancko. Ludzie od dawna związani z Piwnicą pod Baranami twierdzili, że Ewa Demarczyk nie rozumiała ani jednego słowa z tego, co śpiewa. Pozwolę sobie zacytować w tym miejscu Marka Kondrata: "Aktor nie musi być inteligentny, ale nie zaszkodzi, gdy jest".