Do islandzkiego reżysera przylgnęło miano portrecisty outsiderów, którym z sympatią przygląda się od debiutanckiego "Noi Albinoi". Na pierwszy rzut oka tytułowy Fusi jest luserem: w wymiętym podkoszulku, z przetłuszczonymi włosami i apatyczną miną. Niedojrzały emocjonalnie, mieszka z matką i jej facetem. Umościł sobie spokojne życie w ciasnej przestrzeni pomiędzy rytuałami (płatki z mlekiem na początek dnia, ten sam zestaw w chińskiej spelunie itd.), makietą, na której rekonstruuje bitwę pod El Alamein, i pracą na lotnisku, gdzie staje się obiektem drwin "kolegów". Jakby utknął w swoim "Dniu świstaka".



Z drugiej strony: zarabia na utrzymanie, potrafi nawiązać przyjaźń, fakt - z kilkuletnią córką sąsiadów; jak się wkrótce okaże - potrafi być zaskakująco zaradny w kryzysowych sytuacjach. Choć trudno powiedzieć, co tak naprawdę robi dla siebie, a co dla świętego spokoju, który zapewnia dopasowywanie się do oczekiwań otoczenia. Także ów konformizm wypchnie bohatera z domu na kurs kowbojskiego tańca, który dostał w prezencie, choć zupełnie nie ma na to ochoty. Spotka tam Sjöfn. Czy dla niej odważy się przełamać rutynę i uwierzy, że warto mieć marzenia?

Gdy na horyzoncie pojawia się scenariusz znany z romantycznych komedii, a widz jest pewien, że przejrzał reżysera, twórca "Fusiego" okazuje się blefować. Pozory mylą - przekonuje swoją przewrotną grą konwencjami Dagur Kari. Rzeczywistość, nie tylko ta filmowa, jest bardziej skomplikowana. Reżyser ma na myśli także pewność, z jaką oceniamy innych ludzi po pozorach. Łatwo się pomylić, w obie strony. Przekonamy się o tym zarówno w przypadku Fusiego, jak i Sjöfn, która pomoże bohaterowi zrozumieć coś ważnego. Znajomość z nią będzie impulsem do zmiany.