Hanka Ordonówna, największa gwiazda II RP i - jak byśmy dziś powiedzieli - trendsetterka tamtej epoki, zmierza ulicą Kredytową w stronę Marszałkowskiej. Mijane warszawskie elegantki wiedzą, gdzie się udaje - do Domu Mody Bogusława Hersego. Ordonka znika w drzwiach eleganckiego gmachu, do którego drzwi szeroko otwiera jej "szwajcar", czyli wyelegantowany portier. Zaraz też podbiega usłużny subiekt, proponując kawę lub herbatę. Ordonka wcale nie musiała osobiście przychodzić do sklepu. Mogła zamówić kreację przez telefon. U Hersego każda ze stałych klientek miała manekina, więc kiedy chciała sprawić sobie suknię, wystarczyło zadzwonić.



Podobnie było w sklepie Kielmana - kiedy klient zamawiał buty na miarę, specjalnie dla jego stopy powstawało szewskie kopyto, zresztą jest tak do dziś.

Stopa de Gaulle'a

Kiedy po wojnie Wacław Kielman wrócił do sklepu, mieszczącego się na Krakowskim Przedmieściu, tam, gdzie dziś znajdziemy księgarnię Prusa (vis-a-vis Uniwersytetu), zastał zgliszcza. Wśród nich znalazł kopyto Charlesa de Gaulle'a. Od razu je rozpoznał, bo generał miał wielką stopę. Uznał to za znak, że musi odbudować rodzinny interes.

Ślad przedwojennej bytności Charlesa de Gaulle'a w stolicy, wówczas skromnego kapitana francuskiej armii, znajdziemy także w cukierni Bliklego. Młody kapitan bardzo sobie chwalił tamtejszą kawę i ciasta, na równi z pogawędkami z żoną właściciela kawiarni, która biegle mówiła po francusku. Pamiętał te wizyty wiele lat po wojnie, wspominał je w wywiadzie dla francuskiej prasy udzielonym tuż przed przyjazdem do Polski w latach 60.

Z okazji jego przyjazdu, już w roli generała i prezydenta Francji, Jerzy Blikle wykonał pierwszy czekoladowy tort w PRL-u, zwany od tamtego czasu generalskim. Niestety w stanie wojennym przysmak kojarzył się wielu z zupełnie innym dowódcą.

Przedwojenny poradnik biznesowy

I tak od anegdoty do anegdoty, od obrazka rodzajowego do dygresji dwaj dziennikarze "Gazety Wyborczej" Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski snują opowieści o polskich rodzinnych biznesach i największych fortunach, których początki sięgają jeszcze wieku XIX. Historie rodów wplecione są w barwne dywagacje na temat realiów życia w poszczególnych epokach: jak się robiło zakupy w czasach Bolesława Prusa? Gdzie chodziło się na obiady w międzywojniu? Czy w czasie wojny za sprzedaż befsztyków można było trafić na Pawiak? Co w PRL-u groziło za nieodpracowanie socjalistycznych studiów?

Książkę tę można też czytać jak praktyczny poradnik biznesowy. Od krawca Józefa Turbasy (ubierali się u niego Miłosz, Lem, Penderecki) nauczymy się, że lepiej stawiać na jakość, a nie ilość. Na garnitur u niego czekało się od półtora miesiąca do dwóch, a przyjmował zlecenia tylko od tych, którzy zostali poleceni przez jego klientów.

Socjal od Wedla

Jan Wedel, właściciel najsłynniejszej polskiej fabryki czekolady, już przed wojną wiedział to, czym kuszą pracowników najbardziej pożądane firmy świata, w tym Google - inwestycja w pracownika po prostu się opłaca. Pracujący u Wedla mieli warunki lepsze niż w niejednej dzisiejszej firmie. Były stołówka pracownicza z tanimi obiadami, przyfabryczne żłobki i przedszkola (Wedel zatrudniał wiele kobiet). Na terenie fabryki działali dentysta, fryzjer i szewc. Co roku można było liczyć na podwyżkę, a niektórzy dostawali pożyczkę na mieszkanie. Podobnie dobry "socjal" był u Braci Jabłkowskich, którzy dla pracowników organizowali zajęcia z handlu i języków obcych.

Autorzy książki bazowali na wywiadach z żyjącymi przedstawicielami przedsiębiorczych rodów. Czerpali też pełnymi garściami z dostępnej literatury, jak choćby książek Wiktora Gomulickiego, Olgierda Budrewicza, Jerzego S. Majewskiego, Wojciecha Herbaczyńskiego.

Jeśli już je znacie, "Fortuna po polsku" nie będzie dla was odkryciem. Choć historie w niej opisane są jak pączki od Bliklego: nawet jeśli wiemy, jak smakują, wciąż mamy ochotę się nimi delektować.

Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński "Fortuna po polsku" wyd. Agora