Singel z najnowszego krążka Raya "Hey, No Pressure" zapowiada, że szósta płyta w dorobku śpiewającego gitarzysty z New Hampshire będzie czymś wyjątkowym. Z jednej strony muzyka jest mroczna, głęboko osadzona w rockowej tradycji spod znaku Led Zeppelin (czyli nic odkrywczego), z drugiej natomiast słychać, że wokalista nie szczędzi piosence elektronicznych udziwnień (czyli nie jest purystą). Nieco bardziej zachowawczo wypada kawałek "In My Own Way" - spokojny, zwiewny, refleksyjny. Fanom Raya piosenka słusznie kojarzy się z produkcjami z fabryki Pink Floydów i intuicja ich nie zawodzi, bo słychać tu coś z klimatu "Us And Them". Fachowcy z kolei widzą w nim nowego Vana Morrisona i nie mają złudzeń - na amerykańskiej scenie muzycznej wyrasta nowy bard. Szczególnie że i muzycznie, i wizerunkowo autor "Ouroboros" ma ku temu wszelkie zadatki. Spowita kłębami kruczoczarnej brody twarz skrywa się w cieniu kapelusza - scenicznego atrybutu, który jest na wyposażeniu garderoby tuzów piosenki zaangażowanej, takich jak Tom Waits czy Neil Young. No i przekroczona czterdziestka predestynuje Lamontagne'a do uzasadnionego mentorstwa.



Sam artysta zdradził, na czym polega jego wyjątkowość. To dlatego tak dobrze słucha się piosenek Raya, ponieważ nietypową barwę głosu wydobywa nie przez nos, tylko przez jelita. Podobnym chrapliwym barytonem co Lamontagne dysponuje też kilku innych amerykańskich singer-song writerów, choćby Jack Johnson czy Eddie Vedder.

Lamontagne nie ma parcia na szkło. Niechętnie umawia się na wywiady, a jego azylem jest domek na farmie w miejscowości Maine. Introwertyczne skłonności narastały w nim przez lata, już od wczesnego dzieciństwa, kiedy ojciec (też muzyk) odszedł od jego matki i porzucił całą rodzinę. A jednak Ray nie zraził się do muzyki, do gitary, choć graniem i śpiewaniem na serio zajął się w wieku dwudziestu kilku lat. - Kiedy odwiedzałem kogoś, kto miał w domu perkusję, gitarę czy pianino, po prostu nie mogłem się od nich oderwać - mówił w wywiadach.

Co robił wcześniej? Pracował w fabryce butów w New Hampshire, ale przemysł obuwniczy go nie pociągał. Na szczęście wpadła mu w ręce płyta "Manassas" amerykańskiego piosenkarza folk Stephena Stillsa. Pod wpływem poznanych piosenek Ray zaczął pisać własne. I dał sobie pięć lat na przekonanie się, kto tego będzie chciał słuchać.

Wczesny Bob Dylan byłby dumny z Raya, który wyżej ceni gitarę akustyczną od gitary bezbronnej bez wzmacniacza i wtyczki do prądu. Predylekcje sprzętowe muzyka narzuciły mu folkową stylistykę, choć Lamontagne zarzeka się, że w orbicie jego zainteresowań jest dużo miejsca także dla country, jazzu czy rhythm and bluesa. Z kolei przepis na sukces, na piosenkę, która poruszy serca milionów, tkwi w podejściu Raya do instrumentu. - Nie lubię się popisywać na gitarze. Jestem zwolennikiem prostoty. Potrafię wydobyć z kilku akordów znacznie więcej niż inni muzycy z setek nut - twierdzi Ray.

A sukces jest wymierny. Śpiewający gitarzysta o ambicjach barda ma już kilka statuetek na koncie. Najcenniejszą jest Grammy za wydany w 2010 roku krążek "God Willin' & The Creek Don't Rise" w kategorii "najlepszy album folkowy". Ale już nieco wcześniej zrobiło się o Rayu głośno, a to za sprawą dwóch piosenek - "Sarah" i "I Still Care For You" - które można było usłyszeć w popularnym serialu "Dr House".

Jak na prawdziwego barda przystało, Ray jest typem wrażliwca. Potrafi wystawić gitarę na aukcji w internecie, a zysk ze sprzedaży przeznaczyć na wspieranie badań nad rakiem piersi. Nie trzeba też go namawiać do grania koncertów charytatywnych. W ten sposób okazał z kolei wsparcie ofiarom huraganu Katrina. To inni chcą w nim widzieć gwiazdę, podczas gdy Lamontagne skromnie odnosi się do swojej popularności. - Czuję się ukontentowany. Udało mi się znaleźć dla siebie i swojej muzyki odpowiednią niszę w tym trudnym i niepewnym biznesie - te słowa wystarczą za artystyczne motto Raya Lamontagne'a.