W czasach, gdy podłożone w wielkich miastach bomby wybuchają, pozostawiając po sobie tłumy żałobników, pomysł na wymyślenie nieprawdziwego zamachu terrorystycznego brzmi jak fantazja szaleńca i sadysty, albo przepis na dobre kino akcji.



W "Dniu Bastylii" trafiamy do Paryża, który panicznie boi się ataku terrorystycznego. Jest 12 lipca, za dwa dni paryżanie wyjadą na ulice, by świętować jedno ze swoich najważniejszych świąt - rocznicę obalenia Bastylii. Dla kieszonkowca Michaela Masona (Richard Madden, czyli Rob Stark z "Gry o tron") to dzień całkiem udany. Udało mu się ograbić turystów pod Sacre le Coeur i ukraść na zamówienie dwa japońskie paszporty. Gorzej sprawy mają się u młodej aktywistki Zoe (Charlotte Le Bon), która obiecała ukochanemu, że podłoży bombę w siedzibie francuskiego Frontu Narodowego. Wybuch miał być tylko ostrzeżeniem dla prawicowych polityków, ale budynek miał być pusty. Okazuje się jednak, że w środku jest ekipa sprzątająca składająca się w całości z czarnoskórych. Zoe rezygnuje z zostawienia bomby i błąka się po mieście z planem, by ładunek wrzucić do Sekwany. Jej przywiązanie do zawartości torebki zwraca uwagę Michaela, który wykorzystuje chwilę nieuwagi roztrzęsionej dziewczyny i kradnie torebkę. Po przejrzeniu zawartości wyrzuca ją i wtedy dochodzi do wybuchu. Giną cztery osoby, a kieszonkowiec staje się najbardziej poszukiwanym terrorystą we Francji. Okazuje się jednak, że wybuch, bez względu na to, gdzie finalnie się odbył, ma być tylko przykrywką dla większej akcji. Ktoś planuje nastawić przeciwko sobie lewicowe i prawicowe środowiska, a gdy ludzie wyjdą na ulice, dokonać skoku stulecia na rezerwy finansowe Francji. Zamachowi z zaciekawieniem przygląda się doświadczony i dosyć porywczy agent CIA Sean Briar (Idris Elba), któremu cała sytuacja od początku śmierdzi, mimo że służby uważają, że aresztowanie amerykańskiego kieszonkowca załatwi problem.

"Dzień Bastylii", choć miejscami jest dosyć schematyczny z dzielnym agentem CIA i towarzyszącym mu życiowym przegrańcem, gwarantuje dobrą rozrywkę, czyli niezłe sceny akcji i pościgów po dachach Paryża (nie mam pojęcia, jak Idris Elba może się tak sprawnie poruszać, mając na sobie obcisłe dżinsy) oraz kilka naprawdę śmiesznych dialogów między podręcznikowym twardzielem Seanem i nieco nieudolnym kieszonkowcem, który wszystkim sprzedaje tę samą bajkę o tym, że zerwie z przestępczym fachem, kiedy tylko zarobi na studia medyczne.

Po wyjściu z kina z pewnością będzie was jednak dręczyło kilka pytań. Jak bardzo boimy się terroryzmu? Jak wiele można ugrać na tym strachu? I jak w gruncie rzeczy łatwo jest sterować współczesnym społeczeństwem? Odpowiedź zawarta w filmie wcale nie pociesza.