W zasadzie już od pierwszego dnia Open'era czułem się jak George Michael, ale raczej w tej piosence:

Mimo że, jak stwierdził mój przyjaciel, tegoroczna edycja - pod względem muzycznym - była najgorszą, na jakiej był. A był już na szóstej.

Tym razem pojawiły się trzy wyraźnie mocne strzały. Red Hot Chili Peppers, którzy red i hot są zawsze, nawet jeśli wydają jedną z najsłabszych płyt w karierze, a gitarzystą jest człowiek pozbawiony charyzmy. Pharrell Williams, który nawet jeśli nie sprostał oczekiwaniom sporej części publiczności (tak czytałem, nie zgadzam się), to pozostaje Pharrellem Williamsem, a więc gościem śpiewającym najpopularniejszy przebój od czasów Modern Talking. "Get Lucky", rzecz jasna. I w końcu Florence and the Machine, której fenomenu nie pojmuję, ale jednak trzeba oddać jej status megagwiazdy, ściganej przez owiankowane fanki.

Ale to w zasadzie wszystko. Nie było ani dnia, który od początku do końca chciałoby się przestać pod sceną. Ciekawych koncertów oczywiście nie brakowało, ale były chwile na wytchnienie i korzystanie z festiwalowego życia.

Bo w momencie, kiedy formuła muzycznych festiwali się wyczerpuje, a imprezy - siłą rzeczy - stają się coraz bardziej multimedialne, to właśnie festiwalowe życie staje się największym atutem tego typu wydarzeń. Open'er to podróż przez pół Polski, oczywiście opóźnionym o godzinę pociągiem PKP. To uciekanie z plaży przed ulewnym deszczem. To piękna blondynka pomagająca na strefie firmowanej przez popularną markę papierosów i ładowanie smartfonów, gdzie tylko się da. I to w końcu czas spędzony z przyjaciółmi, widywanymi coraz rzadziej i wakacyjne miłości, które od początku są li tylko wakacyjnymi miłościami. Dlatego takimi fajnymi.

02.07.2016 Gdynia Kosakowo , Opener Festival 2016 .  fot. Renata Dabrowska / Agencja Gazeta Fot. RENATA DĄBROWSKA

Wczoraj, kładąc się spać i słuchając odkrytych na festiwalu utworów, powiedziałem sobie, że to był mój ostatni Open'er w życiu. Za bardzo nie lubię pożegnań.

Ale za rok pewnie zrobię wyjątek. Dzięki, Alter Art. Przeklinałem na czym świat stoi, gdy wydawałem kilkaset złotych na zbyt drogie, moim zdaniem, karnety, ale już mi przeszło. Fajnie było wrócić do Gdyni. Nawet jeśli teraz jest tak...

...to trzymam was za słowo, że za rok znów będzie jak podczas ostatniej piosenki zagranej na głównej scenie. Czyli tak: