Boris Blank - ta część duetu odpowiedzialna za muzykę - stwierdził, że nowy album to swego rodzaju powrót do korzeni. Hasło ostatnio bardzo modne, do wyczytania w wywiadach z co drugim zespołem promującym kolejne wydawnictwo. Ale w przypadku Yello - duetu, dzięki któremu, jak twierdzi wielu, narodziło się techno - jest to uzasadniona deklaracja. Na płycie odnajdujemy dźwięki wyraźnie cofające nas do czasów, kiedy szczytem elektronicznej awangardy były kompozycje Kraftwerk czy Tangerine Dream.

Yello - jak trafnie ujął to Alexis Petridis na łamach "Guardiana" - to duet powstały przez pomyłkę. Dziwaczny. Ale żeby zrozumieć jego genezę trzeba cofnąć się o wiele lat.

Przełom lat 70 i 80. Dieter Meier - frontman - miał za sobą przygodę z punkowym śpiewaniem, ale nie planował kontynuowania muzycznej kariery. Blank punku nienawidził i jedyne, czego pragnął to praca bez wokalisty. W rozmowie z Petridisem Meier stwierdził, że ich pierwsze spotkanie było dla Blanka podwójną katastrofą: Boris twierdził, że jest artystą tworzącym elektronikę, której nie wzbogaciłby nawet najwybitniejszy wokalista. A co gorsza Dieter nie był nawet dobrym wokalistą.

Dopiero podczas wspólnej pracy, panowie docenili siebie nawzajem i zauważyli sens we wspólnym tworzeniu. Pojawiły się pierwsze płyty i pierwsze popularne kompozycje. Choć duet nie osiągnął takich sukcesów jak najznamienitsze okołosynthpopowe zespoły, to położył sowite podwaliny pod kształtującą się elektroniczną scenę.

Yello nigdy nie był projektem stricte singlowym. Na próżno szukać go na szczytach list przebojów, a największym hitem do dziś pozostaje bodaj "The Race".

Nowy album - "Toy"- to następca wydanego w 2009 roku "Touch Yello". Płyta zbiera niezłe recenzje: wiele powstałych dawno zespołów życzyłoby sobie, by utrzymać taką formę przez długie lata! Zresztą: album od piątku dostępny jest na rynku, możecie przekonać się sami! Na zachętę klip promujący wydawnictwo: