Na niebie po raz kolejny pojawił się charakterystyczny znak - olbrzymi, czarny nietoperz. Batman znów jest w mieście. I znów zacznie się rozróba.



"Mroczny Rycerz" to film, na który fani człowieka-nietoperza czekali z niecierpliwością. Zresztą nie tylko oni: produkcja systematycznie bije kolejne rekordy popularności. Najpierw miał najlepsze otwarcie (zarobił najwięcej podczas 24 godzin od premiery) w historii, potem najlepszy weekend. Teraz okazało się, że najszybciej, bo zaledwie w ciągu 18 dni, zarobił 400 mln dolarów (poprzedni rekordzista, "Shrek 2" potrzebował na to "aż" 43 dni).

Jak wytłumaczyć fenomen "Mrocznego Rycerza"? Spory udział w tym ma na pewno legenda, jaką obrosła śmierć odtwórcy roli Jokera, Heatha Ledgera. Aktor zmarł niedługo po ukończeniu zdjęć. Ale prawda jest taka, że Ledger stworzył niesamowitą kreację. Jego Joker prawdziwie przeraża - nie jest postacią komiksową, istotnie groźnym, ale jednak świrem, z którego czasami trudno się nie śmiać. Joker Ledgera jest autentycznym psychopatą, którego zbrodnicze zamiary nawet przez moment nie wywołują uśmiechu na ustach. Za to potęgują ciarki, co chwila przechodzące nam przez plecy.



Na takiego właśnie Jokera pozwolił reżyser filmu Christopher Nolan. Nie bez kozery to on jest twórcą "Memento", sławetnego thillera, który dział się od tyłu i zaskakiwał puentą. Już w poprzedniej części przygód Nietoperza, "Batman - Początek" Nolan kładł nacisk na psychologiczne aspekty przemiany Bruce'a Wayne'a w Batmana. Teraz stworzył mocny, realistyczny thriller, którego zakończenia nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Odrzućcie wszystko, czym do tej pory był "Batman". Zapomnijcie o kolorowych szwarccharakterach, rzucanych w obliczu wroga żarcikach, pięknych blondynkach w obcisłych sukniach. Ten Batman jest zupełnie inny. I tylko Albert jakby wcale się nie zmienił.