Zwolennicy Obamy zbierają się w centrum Chicago - donosiły agencje w środku nocy, gdy pojawiły się wyniki z pierwszych stanów. Tłumy wylały się też na ulice Los Angeles, Chicago, Nowego Jorku, ale także Honolulu na Hawajach i kenijskiej wioski Kogelo, gdzie urodził się Barack Obama senior. Ojciec prezydenta elekta opuścił Afrykę pod koniec lat 50. i wyjechał do USA na studia. Na Uniwersity of Hawaii poznał pochodzącą z Kansas białą Amerykankę Ann Dunham. Owocem ich związku okazał się Barack Hussein Obama, który na świat przyszedł 4 sierpnia 1961 r. Dziwne imiona nowego prezydenta USA są pochodzenia kenijskiego. Drugie świadczy o silnych wpływach islamu w Kenii i okazało się dla Obamy dużym obciążeniem w czasie kampanii wyborczej. Niemal każdy kojarzył je z nieżyjącym już prezydentem Iraku Saddamem Husajnem. Podobno dlatego Obama woli, by zwracać się do niego Barry, co ma być zdrobnieniem od Baracka.



Wszystko zawdzięcza babci

To, że prezydent elekt może o sobie powiedzieć, że jest typowym Amerykaninem, bierze się też z tego, że w dzieciństwie spotkało go nieszczęście, które jest udziałem tysięcy dzieci w USA. Obama opisał je w autobiografii "Odziedziczone marzenia". Gdy miał zaledwie dwa lata, jego rodzice rozstali się. Ojciec wrócił do Kenii, a matka związała się z innym studentem Uniwersity of Hawaii i wyjechała z nim do Indonezji. Ojczym uczył tam przyszłego prezydenta boksu i lekcji życia. - Tego nie nauczy cię mama o miękkim sercu - miał mówić do chłopca.

Ale ten związek Ann Dunham nie przetrwał próby czasu, która z dziesięcioletnim Barackiem wróciła na Hawaje. To wtedy Barry pierwszy raz zobaczył swojego ojca. Ale nie pokochał go. - Zacząłem liczyć dni do jego odjazdu - wspominał. Nigdy więcej już go nie spotkał - Obama senior, pogrążony w alkoholizmie, zginął w 1982 r. w wypadku samochodowym. Dopiero wtedy przyszły prezydent pierwszy raz odwiedził Kenię. Do dziś żyją jego wujowie, ciotki, cała masa kuzynów i babka - 87-letnia Sarah Obama. W rzeczywistości jest ona trzecią żoną kenijskiego dziadka Baracka i nie ma między nimi pokrewieństwa. Kenijczycy są jednak odmiennego zdania. Policja kenijska zapewniła jej nawet 24-godzinną ochronę.

To, jaki Barack jest dziś, nie jest jednak zasługą matki, która zmarła w 1995 r. Przyszłego prezydenta wychowywała zmarła dzień przed wyborami babcia Madelyn Dunham. Obama nie ukrywa, że to jej wszystko zawdzięcza. To ona posłała go do ekskluzywnej Punahou School na Hawajach. Według słów Obamy przyjęcie go do tej placówki oznaczało podniesienie statusu całej rodziny. Dobra szkoła nie uchroniła Obamy przed pokusami. W młodości nadużywał alkoholu, palił marihuanę i zażywał kokainę. Przyznał się do tego w "Odziedziczonych marzeniach" i przez specjalistów od marketingu politycznego zostało uznane to za znakomite posunięcie. Dzięki temu Barack wyróżnił się od wielu polityków, którzy za wszelką cenę starają się ukrywać błędy młodości.

Chce zmienić Amerykę

Korzystanie z uroków życia nie przeszkodziło Obamie skończyć studiów. Na prestiżowym Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku uzyskał dyplom z nauk politycznych. W 1988 roku nie tylko dostał się na Harvard, gdzie ukończył prawo, ale został też pierwszym czarnoskórym redaktorem naczelnym pisma "Harvard Law Review". Po studiach kontynuował karierę naukową, którą uwieńczyło nadanie tytułu profesora. Ciągnęło go jednak do polityki. W 2004 r. Obama zdobył 70 proc. głosów do Senatu i został tam przedstawicielem stanu Illinois. W tym samym roku wystąpił na konwencji Demokratów w Bostonie, która zatwierdziła Johna Kerry'ego jako kandydata na prezydenta. - Nie ma Ameryki liberalnej i Ameryki konserwatywnej - są Stany Zjednoczone Ameryki. Nie ma Ameryki czarnej, Ameryki białej, Ameryki latynoskiej czy Ameryki Azjatów - są Stany Zjednoczone Ameryki - przemawiał Obama. Stacje telewizyjne tego nie transmitowały, bo nikt nie znał początkującego polityka, ale potem puszczały to z taśmy, a liderzy Partii Demokratycznej zaczęli mówić, że to może być idealny kandydat do Białego Domu.

Droga do tego była jeszcze daleka. Wcześniej musiał pokonać - wydawało się nie mającą konkurencji - Hillary Clinton. Udało mu się. W reklamówkach i na wiecach powtarzał główne punkty swojego programu: powszechną opiekę medyczną, podwyżki podatków dla bogatych i obniżki podatków dla klasy średniej oraz inwestycje w alternatywne źródła energii. Powtarzał też: Tak dalej być nie może. Zmieńmy to. Amerykanie, którzy mają dość George'a W. Busha (na koniec kadencji popiera go 10 proc. Amerykanów, najmniej w historii), uwierzyli Obamie.