Zawsze znajdzie się chętny do wydania książki napisanej przez byłego prezydenta, zawsze znajdzie się ktoś, kto za grube pieniądze zaprosi go na wykład czy odczyt, zawsze znajdzie się ktoś, kto poprosi o komentarz w sprawie bieżących wydarzeń. I to niezależnie od tego, jakim był prezydentem i jaką cieszył się popularnością u schyłku swej kadencji - mówi dr Paweł Laidler, amerykanista z Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ.



W historii ostatnich kilkudziesięciu lat Stanów Zjednoczonych nie było prezydenta, który po zakończeniu kadencji objąłby inny urząd w państwie - znów został senatorem, członkiem Izby Reprezentantów czy urzędnikiem stanowym. Kiedy USA izolowały się od świata zewnętrznego, byli prezydenci często po prostu znikali ze sceny politycznej. - Znakiem ostatnich czasów stało się uczestnictwo byłych prezydentów na arenie międzynarodowej, a także w ramach rozmaitych organizacji - zaznacza Laidler.

Począwszy od Jimmiego Cartera, każdy kolejny były prezydent zostawał tzw. spikerem - osobą, której komentarz w sprawach międzynarodowych, społecznych czy także bieżącej polityki był niezwykle pożądany. Za swoje wywiady, a w zasadzie wykłady, spikerzy dostają ogromne wynagrodzenia sięgające setek tysięcy dolarów. Carter nie tylko wyznaczył szlak, jakim powinni podążać jego następcy. Bardzo wysoko zawiesił też poprzeczkę i jak dotąd nikomu z byłych prezydentów nie udało mu się dorównać. Jego działalność na rzecz pokoju i praw człowieka została w 2002 roku doceniona Pokojową Nagrodą Nobla. Dzięki jego mediacjom nie doszło do interwencji wojskowej w czasie kryzysu na Haiti w 1994 roku, a co za tym idzie - do większego rozlewu krwi. Także on podjął się misji negocjowania z północnokoreańskim reżimem Kim Ir Sena w sprawie kryzysu nuklearnego. W 1982 roku razem z żoną Rosalynn założył The Carter Centre, które pomaga mieszkańcom ponad 70 krajów, walcząc także o ich prawa. Carter stale zaznacza swą obecność w polityce, pisząc książki nie tylko o czasach współczesnych - także historyczne. Ostatnią wydał pod koniec 2006 roku. Jego zasługi dla kraju doceniono także, nadając imię Jimmy'ego Cartera jednemu z amerykańskich okrętów podwodnych w 2004 roku. Carter ma na swoim koncie także niewielki epizod aktorski - w 1983 roku zagrał samego siebie w jednym z odcinków kultowego wówczas serialu "Dynastia".

W zasadzie jedyną osobą z samego szczytu amerykańskiej administracji, której udało się Carterowi dorównać, jest były wiceprezydent z czasów rządów Billa Clintona - Al Gore. Tyle że Gore "poszedł w ekologię". - Zresztą już jako senator dał się poznać jako człowiek wyjątkowo zaangażowany w sprawy ekologii - mówi amerykanista. On także jest laureatem Pokojowej Nagrody Nobla. W 2007 roku uhonorowano go w ten sposób za jego działalność na rzecz przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Na swoim koncie ma także nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej, czyli Oscara. Dostał ją za film "Niewygodna prawda" traktujący o zmianach klimatycznych na Ziemi. Ten sam tytuł nosi książka autorstwa Gore'a, która przez wiele tygodni po wydaniu w 2006 roku utrzymywała się na liście bestsellerów "New York Timesa".

Rekordy popularności biła także autobiografia Billa Clintona pt. "Moje życie", ale jak na razie nie nakręcono wartej Oscara jej ekranizacji. Na tę popularność złożyły się nie tylko skandale obyczajowe, jakich Clinton był bohaterem, ale również rekordowo wysokie poparcie (65 proc.), jakim cieszył się, opuszczając swój urząd. Poza pisaniem autobiografii Clinton działa w założonej przez siebie fundacji (jej celem jest walka z AIDS i globalnym ociepleniem), uczy prawa, a także - zwłaszcza ostatnio - występuje jako "mąż swojej żony" Hillary, którą żywo wspierał w kampanii prezydenckiej.

Czy George W. Bush ma szanse na równie spektakularne sukcesy w "pozapolitycznym" życiu?

- Byli prezydenci USA wybierali różne drogi działalności po zakończeniu prezydentury. Doskonałym zwieńczeniem kariery jest na przykład stanowisko sędziego sądu najwyższego, dożywotnie w Stanach Zjednoczonych - analizuje dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, politolog i amerykanista. - Ale na taka karierę większe szanse ma raczej Hillary Clinton, która jest prawnikiem i mówi się o tym, że takie stanowisko da jej Obama w zamian za udzielone poparcie. Ale George W. Bush ukończył szkołę biznesu, ponadto stanowisko sędziego sądu najwyższego wymaga więcej powagi niż jemu kiedykolwiek udało się pokazać - dodaje. Kolejna możliwość to bycie czołowym uczestnikiem misji dyplomatycznych, rozjemczych - czy to na zlecenie rządu USA czy też organizacji międzynarodowych. Ale na to Bush jest, zdaniem amerykanisty, postacią zbyt kontrowersyjną. - George W. Bush nie ma też przed sobą kariery pisarskiej. Jedyne, co więc pozostaje odchodzącemu prezydentowi, to zaangażowanie się w odrodzenie i umocnienie Partii Republikańskiej. - Ale nie w pierwszej linii - zaznacza. - Nie wróżę mu kariery na innych polach, chyba że przejdzie jakąś gruntowną przemianę. Bardzo na to nie liczę, ale cuda się zdarzają - podkreśla amerykanista.