Z Piotrem Kupichą, liderem grupy Feel, rozmawia Wojciech Krzyżaniak

Sukces wciąż ci smakuje? Czy już spowszedniał?

Z tym sukcesem to jest tak, że ma on dobre i złe strony. Dobra jest taka, że możemy nagrywać i wydać teraz drugą płytę, a w przyszłości, mam nadzieję, kolejną. I że dzięki niemu mamy spokój jako twórcy, możemy poświęcać się tworzeniu i graniu. Poza tym, nie musimy martwić się z dnia na dzień, jak dorobić parę groszy, żeby utrzymać rodzinę. Ale są i minusy: wrzawa medialna, która nie każdemu musi odpowiadać, presja wypuszczania coraz to nowych i większych przebojów.



No właśnie, przy pracy nad nowym materiałem musiał pojawić się tzw. syndrom drugiej płyty, obawa o to, że drugi raz się nie uda...

A właśnie, że nie. W poprzednim zespole [Sami] wpadliśmy właśnie w taką pułapkę. W roku 2001 odnieśliśmy spory sukces i zapomnieliśmy, że trzeba pracować nad następnymi piosenkami. I straciliśmy szansę. Tym razem nie popełniłem tego błędu. I nad nowymi utworami pracowaliśmy na bieżąco. Powstawały już w ubiegłym roku. Bez pośpiechu i bez presji. Dlatego ten syndrom drugiej płyty nie zdążył się pojawić. To nie miały być następne przeboje, tylko kolejne piosenki w naszym stylu.

Ale gdzieś tam musiała być obawa. W końcu poprzeczkę zawiesiliście sobie baaardzo wysoko.

Zawsze jest obawa, ale pracując nad nowymi numerami, nie zastanawialiśmy się, który z nich może powtórzyć sukces choćby "Jak anioła głos". Bo nie o to chodzi.

Zadowolony jesteś z płyty?

Mało tego, ja jestem z niej również bardzo dumny i podpisuję się pod nią wszystkim, co mam. Ale nie będę zgadywać, ile z utworów będzie przebojami, bo to nie o to chodzi. Z pierwszą płytą też tak było. Zobaczymy. Ważne, żeby się dobrze bawić.

Feel to ty czy zespół?

Zdecydowanie zespół. I to nie chodzi tylko o muzyków. W tym zespole jest trzynaście osób, włącznie z obsługą techniczną. Tworzymy coś w rodzaju rodziny. Spędzamy ze sobą dużo czasu i po prostu się przyjaźnimy. A to, że ja jestem najbardziej rozpoznawalny...

Nie najbardziej, tylko wyłącznie ty. Pytałem wiele osób i nikt nie potrafił nawet powiedzieć, ilu was występuje na scenie.

To jest świadoma decyzja nas wszystkich. Zespół musi mieć jakąś twarz. Feel ma moją twarz, dzięki czemu reszta zespołu może się schować za moimi plecami i nie narażać się na nieprzyjemności związane z gorszą stroną sukcesu.

Więc, jak rozumiem, doniesienia o tym, że zabierasz kolegom chleb, nie dajesz im zarobić i w ogóle jesteś dla nich mało przyjemny, to bzdury.

Oczywiście. Nawet nie ma o czym mówić. Całe szczęście my się znamy i nie przejmujemy się takimi tekstami. Choć wiemy, że dla naszych fanów to ważne rzeczy i oni się tym przejmują. Ale wystarczy przyjść na nasz koncert, żeby przekonać się, ile w tym prawdy.

Zastanawiałeś się, skąd bierze się taka krytyka ciebie i te wszystkie żarty z was, deprecjonowanie sukcesu i muzyki?

Czasami o tym rozmawiamy, ale nie myślę o tym cały czas. Ale to prawda, że już od lat, jak ktoś odnosi sukces, to miło jest mu dokopać. Bo jak się coś podoba tak wielu ludziom, to przecież nie może być dobre, nie? Wstyd się przyznać, że podoba ci się to samo, co milionowi innych. Poza tym, o kimś muszą mówić i pisać, przecież nie będą mówili o swoich znajomych, których nikt poza nimi nie zna. Wtedy nikt nie chciałby ich słuchać. To chyba to. Ale wiesz co? Ja generalnie mam pozytywny stosunek do ludzi. W moim życiu dzieją się fajne rzeczy, spełniam się w tym, co robię. I dlatego - można to tak ująć - uśmiecham się do ludzi.