Z Tito Larrivą, liderem grupy Tito & Tarantula rozmawiają Kinga Graczyk i Anita Karwowska

Działacie już 17 lat, ale tak naprawdę jesteście kojarzeni głównie (choć nie wyłącznie) z filmem "Od zmierzchu do świtu" Roberta Rodrigueza. Nie przeszkadza ci, że mówią o tobie: to ten koleś, który zabił Tarantino, a nie na przykład - świetny muzyk? Jakbyś określił siebie jako artystę?



- Gdyby występ u Rodrigueza był jedyną rzeczą, jaką w życiu zrobiłem, to pewnie byłoby to frustrujące. Z pewnością jest tak, że dzięki temu filmowi stałem się znany w Europie. Ale prawdą jest też, że od lat 80. zrobiłem chyba 57 filmów, w Ameryce jestem znany jako muzyk i producent. Ale fakt - u was tylko z "Od zmierzchu do świtu".

Teraz będziesz miał doskonałą okazję, żeby pokazać się Europie jako świetny muzyk.

- To Polska znana jest z tego, że ma doskonałych muzyków. Serio. Wielu producentów, filmowców przyjeżdża przecież do was po to, żeby wynająć orkiestrę do swoich produkcji.

Co jeszcze kojarzy ci się z Polską?

- Byłem w Polsce jakieś 10 lat temu. Dokładnie w Warszawie. I jedno wiem - żarcie macie świetne! (śmiech) I ładne dziewczyny.

To się raczej nie zmieniło przez te 10 lat. Ale wiele innych rzeczy tak. Z pewnością będziesz zaskoczony.

- Co do niektórych rzeczy to powiem wam, że mam nadzieję. Ale w ogóle jestem strasznie ciekawy. Bo z poprzedniej wycieczki zapamiętałem naprawdę ciężką jazdę. Wiecie, chodzi o drogi.

Jeszcze nie jest doskonale...

- Spoko, damy radę! (śmiech)

Jakbyś opisał siebie jako artystę? Jesteś bardziej aktorem, muzykiem? A może po prostu Tito Larriva - i wszystko jasne?

- Robiłem w życiu wiele rzeczy, dzięki którym mogę powiedzieć o sobie, że jestem artystą, nie tylko muzykiem. Ale to muzyka jest najważniejsza. Dzięki niej mogę wyrazić wszystko na raz. Kiedy pracuję nad filmem, to fajnie jest współpracować z reżyserem - lubię to, ale to nie pozwala tak do końca wyrazić tego, co siedzi we mnie. A zatem: Tito Larriva jest muzykiem.

W styczniu wydaliście nową płytę - "Back Into The Darkness". Jakbyś ją określił?

- Długo czekałem, żeby ją nagrać - miałem sporo innych zajęć. Zagrałem w "Pewnego razu w Meksyku", w kilku mniejszych, niezależnych filmach, trochę też odpoczywałem od zespołu. "Back Into The Darkness" to nasz piąty krążek. Myślałem, żeby wrócić do pracy z moim starym gitarzystą - Stevem Hufsteterem, tym samym, z którym wiele lat temu w 1981 roku napisałem "After Dark", znany z "Od zmierzchu do świtu". I w końcu się udało, wzajemnie się inspirowaliśmy.

Teraz jesteście w trasie, a co później?

- W przyszłym roku chcę nakręcić film. Komedię o zespole rockowym, który staje się sławny. To fikcja, ale film będzie trochę autobiograficzny. Planowaliśmy kręcić już w tym roku, ale nasz perkusista gra także w Beastie Boys, ale oni mają trasę koncertową, więc to trochę nie wyszło. A jego rola to bardzo ważna część filmu. Zadecydowałem, że poczekamy. Na razie mamy roboczy tytuł - "Blow Job". Ale wcale nie chodzi w nim o to, co macie na myśli! (śmiech)

A wakacje? Ci, którzy mieszkają w trochę zimniejszych rejonach marzą, żeby spędzić urlop w Los Angeles. A gdzie wybiera się ten, kto Kalifornię ma na co dzień?

- To dobre pytanie. Myślę, że Mexico City to byłoby naprawdę fajne miejsce. Wiesz, ja dorastałem w takim "zimniejszym klimacie". Ale już od 42 lat mieszkam w Los Angeles i to ciekawe, że człowiek szybko zapomina, jak to jest, kiedy jest chłodniej i jak wygląda zima! To strasznie fajne, kiedy są różne pory roku. A tutaj, w Kalifornii, wiecznie jest zielono, wiecznie mamy 22 stopnie ciepła. I kurczę, to jest prawie nierealne, bo czujesz się jak w filmie.

To lepiej weźcie ze sobą coś ciepłego, kiedy przylecicie do Polski.

- A co? Będzie zimno?

Z pewnością zimniej niż w Kalifornii.

- Zaopatrzymy się w takim razie. I do zobaczenia!