Oto standardowe procedury stosowane przez doradców zawodowych:

Internet. Przed zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną przeszukuje się portale społecznościowe typu: goldenline.pl, profeo.pl, Nasza-Klasa, czyta się wpisy kandydata na forach dyskusyjnych, ogląda zdjęcia, które zamieszcza w sieci.

Rekomendacje. Doradcy personalni kontaktują się z poprzednimi pracodawcami. Kiedyś tego nie robiono, dziś to już powszechne.

Nowa usługa. Sprawdzanie praw jazdy, bo zbyt często dokumenty są nieważne albo sfałszowane.

Ale prawdziwa kontrola zaczyna się u pracodawców. Oto trzy historie, które usłyszeliśmy od naszych rozmówców:

- Szefowie w firmach produkcyjnych (np. z branży motoryzacyjnej) zabierają kandydatów na spacer po hali. To bardzo ważny moment w rekrutacji. Szef obserwuje czy są zainteresowani tym co widzą, czy dotykają przedmiotów, czy zadają pytania - mówi Wojciech Męciński z firmy doradczej CTC Development.

- Przy pierwszej wypłacie szef dał mi pieniądze do ręki i poprosił o przeliczenie. Było o 100 zł za dużo. Powiedziałam mu o tym. On się uśmiechnął i powiedział, że zdałam test i zostaję - opowiada Agnieszka, studentka, od roku jest kasjerką w sieciowym kinie w Warszawie. - Z jednej strony czułam się dumna, że jestem uczciwa, z drugiej miałam żal za taką prowokację. W mojej kasie zawsze wszystko się zgadzało - dodaje.

- Wioletta, 30 lat, na co dzień pracowniczka administracji czterogwiazdkowego hotelu w Warszawie: - Dorabiałam w soboty i niedziele w call center sieci telefonii komórkowej, namawiając klientów na nowe abonamenty, usługi itd. Płacili 9 zł za godzinę. Hala na kilkadziesiąt biurek, pośrodku siedziało czterech panów kierowników, biurko każdego było skierowane w inną stronę. W ten sposób mieli nas wszystkich na oku. Raz, po sześciu godzinach, przeciągnęłam się przez chwilkę, i od razu dostałam e-maila od "mojego" nadzorcy: "Do pracy, pamiętaj o wynikach, dziś jeszcze nic nie sprzedałaś". Wytrzymałam pięć weekendów. Ostatniego dnia nie wróciłam już z lunchu.

Szef: I ty lizusie przeciwko mnie?

Coraz częściej szefowie uzbrajają się przeciwko nam w wykrywacze kłamstw i wynajmują detektywów.

Po wariograf sięgają zwykle firmy, aby dowiedzieć się, kim jest złodziej albo zdrajca, który wynosi tajemnice handlowe do konkurencji. Zdaniem Jacka Bieńkuńskiego, wykonującego badania wariografem, znanego specjalisty w branży, pracodawcy zwykle mylą się w czasie typowania winnego.

- Jednemu z moich klientów skradziono laptopa z tajnymi danymi, które przedostały się do konkurencji. Szef firmy był przekonany, że winien jest pracownik podejrzewany o kradzież u poprzedniego pracodawcy. Ale ja wykazałem, że laptopa zabrał wieloletni przyjaciel i zastępca mojego klienta. On nie chciał w to uwierzyć. Postanowił mnie sprawdzić. Poddał się badaniu powtarzając w myślach zdanie "to ja ukradłem laptopa". Zorientowałem się i powiedziałem, że próbował sfałszować wyniki. Dopiero wtedy uwierzył w wariograf. To było typowe. Zwykle szefowie wykluczają najbliższych pracowników z grona podejrzanych, bo im ufają - opowiada Bieńkuński.

A dlaczego to zdradzają ci najbardziej zaufani? - Moim zdaniem to manipulanci, celowo wchodzą w dobre układy z szefem, aby go potem oszukać - mówi Izabela Dmitrowicz, psychoterapeuta z poradni "My Progress".

- Złapani na oszustwie zwykle tłumaczą, że szef ich nie doceniał, dlatego wystawili go do wiatru. Wielu mówi, że potrzebowali pieniędzy np. na alimenty czy ratę - mówi detektyw Marcin Popowski.

Wariografem bada się też kandydatów do pracy. - Firmy farmaceutyczne sprawdzają ich, czy nie mają skłonności do zażywania psychotropów, hurtownie alkoholi - czy nie zaglądają do kieliszka - mówi Bieńkuński.

Detektywi. Najbardziej sprawdzana grupa to handlowcy z firm farmaceutycznych i spożywczych (alkohole, tytoń), którzy kontaktują się z kluczowymi klientami. Sprawdza się ich na gruncie zawodowym i prywatnym. - Jeżeli ktoś zdradza żonę, to firmę też może zdradzić. Jeżeli pije albo ma długi, zupełnie traci wiarygodność - mówi Marcin Popowski, detektyw z agencji Lepard.

"Zlecenia" na handlowca pojawiają się, gdy ten był widziany w siedzibie konkurencji, zawalił prawie pewny kontrakt albo nie odbiera telefonu. - Mają oni nienormowany czas pracy, trudno ich mieć cały czas na oku, dlatego często pracują dla dwóch firm. Zapominają jednak, że łatwo ich namierzyć podstawiając np. fałszywego klienta. Skarbnicą wiedzy jest też firmowy samochód i telefon - mówi Popowski.

W przypadku podejrzenia kradzieży na hali produkcyjnej detektywi wcielają się w rolę pracownika.

- Chodzą z innymi na papierosa, słuchają, o czym się mówi. Kiedyś pracowałem tak w jednej z większych firm wywożącej śmieci. Okazało się, że pracownicy pobierali ich znacznie więcej, ale część wyrzucali w lesie. Dużo zarobili zatrzymując część pieniędzy przeznaczonych na opłaty za wysypisko - opowiada Popowski.

Pracodawcy stąpają po cienkiej linie
Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka
Czy pracodawcy mogą śledzić pracowników?
- Gdy firma podejrzewa pracownika np. o korupcję, to w jej interesie jest wykrycie prawdy. Sięga więc po różne sposoby, w tym detektywa. Czy to legalne? Pracodawcy stąpają po cienkiej linie. Są luki w prawie, więc zasłaniają się swoimi regulaminami. Kłopot zaczyna się wówczas, gdy pracodawca wchodzi w życie prywatne. Tego nie powinien robić.