O Grochowie swojego dzieciństwa opowiada Emilian Kamiński, aktor, reżyser, właściciel "Teatru Kamienica" przy al. Solidarności

Z Grochowem związane jest całe moje dzieciństwo i młodość. Najpierw, od 8 do 18 roku życia, mieszkałem na Gocławku, obok pętli tramwajowej. Potem przy Szaserów, nieopodal szpitala wojskowego. Po tej stronie Grochowskiej były domy, kamienice. Ale mnie ciągnęło na drugą stronę. Tam, gdzie dziś jest Trasa Siekierkowska, stoi centrum handlowe "Promenada", było kompletne pustkowie i morze śmieci wyrzucanych przez różne zakłady. Szukałem metalowych i drewnianych części. Później robiłem z nich laski i sprzedawałem pod budką z piwem. Tak zarabiałem swoje pierwsze pieniądze.



Były bagna , jest Promenada

Tam kiedyś ciągnęły się bagna. Wystarczyło chwilę posiedzieć, by zobaczyć np. sarnę. Uwielbiałem te tereny zimą, bo z nią wiąże się moje najpiękniejsze wspomnienie. Otóż kiedyś wylała Wisła. Momentalnie ściął ją mróz. Gładkie jak stół lodowisko było długie na kilometr, szerokie na kilkaset metrów i całe moje. Nigdy nie zapomnę, jak założyłem łyżwy i swobodnie sunąłem po nim. Taka olbrzymia przestrzeń dla młodego chłopaka

Są też gorsze wspomnienia. Kiedy miałem 14 lat, przerażał mnie grochowski alkoholizm. Z kolegą Krzysiem przysięgliśmy sobie, że nie będziemy pić przez dziesięć lat. W postanowieniu wytrwałem lat jedenaście, dlatego okres studencki był dla mnie dość ciężki. Nieraz musiałem udowadniać, że skoro nie piję, to nie donoszę. Często pięścią.

Szkoła przetrwania

Na Grochowie rządziły małe gangi. Nie chciałem wejść w to towarzystwo, więc mnie atakowano. Byłem poniżany, ale nikt mnie nie złamał. W kamienicy, w której mieszkałem, była piwnica przydzielona mojej rodzinie na węgiel i drewno. Było to pomieszczenie na tyle duże, że urządziłem w nim salę do ćwiczeń. Powiesiłem jakieś worki, drążek do podciągania, tarczę do rzucania nożem. Po takich ćwiczeniach czułem się mocny. Na tyle, że gdy pewnego razu szedłem na zbiórkę harcerską i zaatakowała mnie banda, wyjąłem nóż. Główny zakapior przestraszył się i, jak to się mówiło, zdryfił. Od tamtej pory nikt mnie ruszył. Dziś myślę, że byłem blisko, aby przejść na tę złą stronę. Nie wiadomo, jak wszystko by się potoczyło.

Do szkoły chodziłem przy ul. Kwatery Głównej. Tam też była szkoła życia. I okropny fizyk - Rogala. Były bokser, który miał wadę serca i został nauczycielem. Straszny bandzior bijący dzieci. Raz na przerwie dostałem od niego w szczękę tak mocno, że upadłem na ścianę i zemdlałem. Trafiła kosa na kamień, gdy pobił chłopaka z bandy. Zakapiory zauważyły, że jeździ pociągiem elektrycznym do Falenicy. Wsiedli za nim i wyrzucili go w czasie jazdy. Nic się nie stało, podrapał się tylko. Ale był już grzeczny.

Byli też nauczyciele fantastyczni, jak prof. Makowska od polskiego. Jej zawdzięczam miłość do literatury. I pewnie dzięki niej zdałem maturę. Gdybym polegał na sobie, byłoby ciężko. Otóż przed egzaminem wyczytałem o odkryciu radzieckich uczonych, którzy twoerdzili, że można uczyć się przez sen. Radzieccy uczeni nie mogli się mylić: wziąłem koc, książki i położyłem się nad kanałkiem przy Grochowskiej. Wierzyłem, że tak się nauczę.

Dbam o dom tak jak o teatr Kamienica

Dziś przez Grochów tylko przejeżdżam, gdy wracam do domu w Józefowie. Do starego, 110-letniego budynku, drewnianego świdermajera. W Józefowie, Otwocku, Falenicy ostały się nieliczne, a były ich tysiące. Bo traktowano je jako mieszkania kwaterunkowe. Powsadzano do nich meneli, którzy o nie dbali. Później jeden podkradał prąd, robił zwarcie i wszystko szło z dymem. Inny zasypiał z papierosem. Domy podpalali też właściciele. Wiadomo: jak masz ludzi w domu, trzeba im dać mieszkania. Kiedy dom spłonie, o ludzi zatroszczyć musi się gmina. A plac zostaje.

Ja o swój dom dbam, tak samo, jak o kamienicę, w której mam teatr. Wypatrzyłem ją siedem lat temu: ponadstulenia kamienica warszawska, unikat. Zrobiłem podwórko, bramę. Teraz ze wspólnotą pracujemy nad fasadą. Teatr Kamienica to moja enklawa. Idealne miejsce na randkę, żeby odpocząć, wyciszyć się.