Tenzin Jangchub na wizytówce ma przed nazwiskiem napisane "doktor". Przyjął mnie w tradycyjnym stroju buddyjskiego mnicha. - Jestem lekarzem, ukończyłem studia w Tybetańskim Instytucie Medycyny i Astrologii Jego Świątobliwości Dalajlamy w Dharamsali w Indiach. Tam Jego Świątobliwość i nasz rząd mają siedzibę na uchodźstwie - wyjaśnia dr Jangchub. Powitał mnie w progu założonej przez siebie Tradycyjnej Tybetańskiej Kliniki Ziołolecznictwa na warszawskim Żoliborzu. 28 lipca uroczyście otworzył ją Dalajlama, podczas ostatniej wizyty w Polsce.



W środku jest czysto. Dr Jangchub wprowadza mnie do małej salki i pokazuje krzesło, na którym siedział Jego Świątobliwość. - Na nim nie wolno siadać - ostrzega. Wokół wiszą wizerunki Buddy i Dalajlamy, polskie i tybetańskie flagi. Pod ścianami półki z setkami plastikowych buteleczek. Nie widać łóżek czy choćby stetoskopu.

Siadamy. Dr Jangchub otwiera małą łyżeczką dwie butelki wody mineralnej, którą nalewa mi do szklanki. Zachęca do picia, sam pije z butelki. Rozmawiamy po angielsku, bo choć dr Jangchub mieszka w Polsce od blisko 10 lat, to nauka naszego języka idzie mu opornie.

Mnich chwyta mnie za rękę i bada puls. Przygląda się, dotyka moich skroni, powiek i nosa. - Widzę zaczerwienienie u nasady nosa. Masz uczulenie na słodycze. Nie powinieneś ich zbyt dużo jeść - mówi dr Jangchub (od miesięcy zachodziłem w głowę, skąd plamki na nosie, dermatolog też mówił, że to alergia, choć nie powiedział na co).

- Najważniejsze to spróbować odpowiedzieć na pytanie, skąd się biorą nasze problemy ze zdrowiem? Ważne jest jedzenie. To, co przechodzi przez nasz organizm - objaśnia stawianie diagnozy w tybetańskim systemie leczenia i dodaje. - Aby określić przyczyny większości chorób, buddyjscy mnisi sprawdzają mocz pacjenta. Krwi się nie pobiera - mówi.

W tej chwili mnich otwiera dwie kolejne butelki wody (też przy pomocy łyżeczki). Znów pijemy.

- Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak ogromny wpływ ma dieta na ich zdrowie i pogodę ducha. Jedzą za dużo ciężkich potraw, smażone mięsa albo potrawy wyciągane wprost z lodówki. Do tego kawa i mocne alkohole. Czuliby się o wiele lepiej, gdyby jedli więcej potraw przygotowywanych na parze, warzyw, ryżu i sałatek - poucza dr Jangchub. I namawia do umiarkowania w jedzeniu. - Przeciążony żołądek osłabia system trawienny, zablokowane zostają kanały energetyczne, którymi energia dostaje się do mózgu, układu krwionośnego i mięśni, możemy doprowadzić do zatrucia organizmu. A jedzenie powinno szybko przepływać przez organizm. Wówczas będziemy lepiej funkcjonować - tłumaczy i znów zachęca do picia wody.

Zdradzam, że mam kłopoty z zasypianiem. Mnich się tylko uśmiecha. - Przecież to widać. Masz podkrążone oczy. Wyglądasz na zmęczonego. Za dużo pracujesz i założę się, że źle odpoczywasz. Jesz co popadnie - podaje przyczyny moich problemów ze snem. I ma rację. Wszystko się zgadza. - Więc co powinienem zrobić?

- Zero kawy, mocnych alkoholi, ostrych potraw. Zmień styl życia. Więcej odpoczywaj, gdy masz wolny czas. Nie siedź w domu przed komputerem czy telewizorem, tylko wyjdź i popatrz na drzewa. Przed snem weź chłodny prysznic. Bo za szybko żyjesz. Daj swojemu ciału i umysłowi odpocząć.

Nagle wstaje, bierze mnie za rękę i prowadzi do innego pomieszczenia. Ruch się przyda, bo w klimatyzowanej klinice jest dość chłodno.

Na zapleczu pokoju stoją na półkach kolejne rzędy buteleczek. - Są w nich zioła. Ich przygotowanie i produkcja odbywją się w warunkach pełnej kontroli i higieny, ale zgodnie z mającą ponad dwa tysiące lat tradycją tybetańską - wyjaśnia mnich i pokazuje stertę zaświadczeń i pozwoleń, o które musiał się starać w Ministerstwie Zdrowia i Głównym Inspektoracie Sanitarnym.

Wracamy do gabinetu. Dopijamy wodę. - Dam ci coś, co pomoże w zasypianiu. Dr Jangchub wręcza mi foliowy woreczek z mieszanką kilku ziół. - Ale pamiętaj! Jeśli nie zmienisz stylu życia, pozytywnego myślenia, nawet najlepsze zioła nie pomogą - powtarza, gdy się żegnamy.

Pierwszej nocy po wizycie u mnicha zaparzyłem sobie ziółka. Spałem jak zabity. Co zadziałało? Zioła czy wiara, że mi pomogą?

Tenzin Jangchub uważa, że oparta na ziołolecznictwie medycyna tybetańska jest skuteczna w leczeniu m.in. żółtaczki, wrzodów, paraliżu, astmy, epilepsji, kamieni wątrobowych i żółciowych, guzów, cukrzycy, nadciśnienia, bólów pleców, artretyzmu, zaburzeń trawiennych, chorób skórnych, chorób kobiecych, alergii, chorób serca, niektórych odmian raka, zaburzeń o podłożu nerwowym.
W swojej klinice przyjmuje osobiście (w Polsce są podobne placówki, ale ta jest pierwszą pobłogosławioną przez Dalajlamę), sam też przygotowuje ziołowe lekarstwa. Korzysta z ponad 40 mieszanek sprowadzanych z Tybetu ziół. Leki mają kosztować od 25 do 30 zł. Opłata za wizytę ma być uzależniona od dolegliwości i zamożności pacjenta, ale nie mniejsza niż 70 zł.
Podczas otwarcia kliniki pod koniec lipca, pod rękę z Dalajlamą przechadzał się prezes Naczelnej Izby Lekarskiej Konstanty Radziwiłł. Później stwierdził, że jego wizyta nie oznaczała uznania dla działalności dr Jangchuba. - Choć medycynę tybetańską z tą tradycyjną łączy szacunek do życia i człowieka - powiedział. Rzecznik NIL Tomasz Korkosz powiedział nam, że gospodarcza działalność, którą prowadzi dr Tenzin Jangchub, nie ma nic wspólnego z leczeniem w rozumieniu medycyny.
Dalajlama podczas uroczystości oświadczył natomiast: - Bądźcie realistami. Do leczenia pewnych chorób lepsza jest medycyna akademicka. Przy innych lepiej sprawdza się tybetańska.
Klinika będzie otwarta dla wszystkich od września, mieści się przy ulicy Hanki Czaki 2 w Warszawie. Ale wiadomo, że już teraz pacjentami dr Jangchuba są znani celebryci.

Tenzin Jangchub urodził się w 1957 r. w Tybecie. Dwa lata później znalazł się z matką w pierwszej grupie emigrantów, którzy uciekli z Dalajlamą z Tybetu i schronili się w Dharamsali w Indiach. Początkowo mieli trudności z przystosowaniem się do nowego klimatu i chorowali. Dalajlama zainicjował powstanie Tybetańskiego Instytutu Medyczno-Astrologicznego, dziś centrum medycyny tybetańskiej. Tenzin Jangchub trafił najpierw to tzw. szkoły udzielania pierwszej pomocy, a w 1993 r. został doktorem tybetańskiej wiedzy medycznej. Jest też mnichem buddyjskim z pełnymi święceniami. Trenował techniki walk wschodnich, skoki spadochronowe, wspinaczkę górską, był komandosem. Dzięki temu został wybrany do osobistej ochrony Dalajlamy. W 1997 r. u boku Brada Pitta zagrał w filmie "7 lat w Tybecie". W Polsce mieszka od 10 lat. Spodobał mu się nasz kraj, gdy przyjechał tu jako ochroniarz XIV Dalajlamy. Dziś jest uważany za jego osobistego przedstawiciela.