Ten film nie jest oczywisty. Nie ma głównego bohatera, choć początek - Robert Więckiewicz z wąsem, jako dyrektor korporacji sięga po telefon, wywołując lawinę zdarzeń - mógłby to sugerować. To tylko pozór. I z takimi iluzjami mamy do czynienia przez kolejne 90 minut. Może to taksówkarz odgrywa tu kluczową rolę - bo głównie jego taryfa jest świadkiem zdarzeń. On pozostaje nieświadomy dramatów osób, które podwozi albo mija. A na tylnym siedzeniu zasiada kobieta sfrustrowana życiem i mężem i mężczyzna, też na skraju, bo nie może mieć dzieci. Drzwiami auta trzaska również ojciec desperacko poszukujący pieniędzy na przeszczep dla dziecka, który wraca nad ranem z pewnego motelu, i skorumpowana lekarka. Mijają uczciwego człowieka próbującego zarobić na życie. Tylko że ten miły pan nosi w sobie tajemnicę. Kim są obleśni detektywi wynajęci w niecnych celach (a może jednak dobrych?), którzy mijają się z taksówką w anonimowym i bezdusznym (a może jednak nie?) mieście? "Zero" przerysowuje polską rzeczywistość, ale diagnozuje ją okrutnie - to zgnilizna. Z drugiej strony film jest jednak zupełnie niepolski, uniwersalny. Może dlatego międzynarodowe festiwale w Pusan czy Sao Paulo już zaprosiły go w swoje progi.



Rozmowa z Pawłem Borowskim, reżyserem filmu "Zero"

Trudno było zebrać pieniądze na pierwszy film?

- Jestem człowiekiem, który nie ma papierów na bycie reżyserem. Wcześniej robiłem tylko krótkie metraże, głównie animowane. Producent mógł mieć wątpliwości, czy ktoś taki jak ja poradzi sobie z żywym aktorem, a nie dmuchaną lalą. Jednak udało się, a z powodu wysokiego budżetu dofinansowanie z PISFU (4 mln zł) dostaliśmy nie w kategorii "debiut" - jak początkowo zakładaliśmy - tylko jako normalna produkcja.

Nie bał się pan tej "żywej" aktorskiej materii?

- Bałem się oczywiście. Chociaż najtrudniejsze dla mnie było to, żeby widz nie pogubił się w gmatwaninie wątków i postaci. Mieliśmy 50 lokalizacji, 33 zdjęciowe - to sporo jak na polską produkcję. Poza tym bardzo dobrze przygotowałem się do tego filmu. Wszystko miałem rozrysowane w postaci storyboardu. Aktorzy musieli mi zaufać i przynajmniej - jak mówią - wysoko cenią tę współpracę. Odtwórców ról, które wymyśliłem, szukaliśmy pół roku, bo chodziło o to, żeby znaleźć odpowiednie postaci.

Poznajemy, a właściwie przemykają nam przed oczami urywki z życia 21 osób. To był specjalny zabieg, żebyśmy mieli ich niedosyt?

- Absolutnie tak, to jest film, który dzieje się poza kadrem. Podejmuje rodzaj gry z widzem, czasem wręcz prowokacji, ale ma to, mam nadzieję, swoje uzasadnienie.

Opowiada nam pan w piękny malarski sposób o bardzo zgniłej rzeczywistości, która nas otacza. Już się wydaje, że ktoś jest dobry, po czym wychodzi na jaw jego ciemna strona. Taki był zamysł?

- Zamysł był taki, żeby film właściwie wrócił do punktu wyjścia. Więc - podchodząc filozoficznie - może nic się tu nie stało?

Czyli to był sen?

- Nie wiem. Interpretacja należy już do widza i bardzo mi zależy na tych opiniach. Ktoś po obejrzeniu filmu powiedział mi na przykład, że zero to pierwsza nieujemna cyfra. Bardzo mi się to spodobało.

Zgodzi się pan, że po obejrzeniu "Zera" można mieć doła?

- To jest kino ostrożnego pesymizmu. To znaczy, że nie jest tak dobrze, jak mogłoby się nam wydawać. Robiąc ten film, w dużej mierze kierowałem się intuicją.

Ale stawia pan pewną czarną diagnozę rzeczywistości.

- Nie czuję się demiurgiem, nie mam zamiaru nikomu mówić, jak żyć. Chcę stawiać pytania. Bo te odpowiedzi są w nas i one są bardziej interesujące, niż to, co ja mógłbym wymyślić. Bo dla mnie kino czy film to nie jest to, co jest zapisane na taśmie filmowej. Film jest dopiero wtedy, kiedy wejdzie w relację z widzem. Inaczej jest ruchomym obrazkiem z dźwiękiem.

Czy "Zero" jest inspirowane twórczością Roberta Altmana? Bo do jego filmów jest najczęściej porównywany.

- Ja się oczywiście cieszę z takich porównań, ale widziałem w życiu wiele filmów wielowątkowych i wielopostaciowych. Nie chciałbym, żeby "Zero" zostało tak prosto zaszufladkowane. Lubię Altmana, ale też braci Coen, Christophera Nolana czy Stanleya Kubicka.

Musi pan oglądać dużo filmów, bo na bieżąco komentuje je pan rysunkowo w "Gazecie Wyborczej". Równie często musi pan słyszeć pytanie "o czym pan zrobił film"?

- Żartując, odpowiadam, że nakręciłem komedię romantyczną. A tak na serio, to film o uczuciach - skrajnych i rozmaitych. O tym, że czasem rzeczy nie są takie, jakimi się wydają.