Publiczność może przebierać w filmach muzycznych - i dokumentach, i fabułach. Będziesz namawiał znajomych, żeby poszli do kina na "Będzie głośno"?



- Tak - mimo zastrzeżeń, jakie mam do tego filmu jako muzyk. Polacy mają bardzo niewiele okazji do patrzenia na muzykę jako rzemiosło, fach. Widzów interesuje w nich przede wszystkim aspekt celebrycki. Tu muszą być skupieni na konkretnym instrumencie i jego zastosowaniu. A to może mieć wymiar edukacyjny.

Co ciebie - jako gitarzystę i autora muzyki - najbardziej zainteresowało w tej opowieści?

- Zawsze najbardziej interesuje mnie spojrzenie od kuchni - wszelkie patenty brzmieniowe, sprzętowe, sposoby nagrywania i preparowania gitary. Podobno wycięto fragmenty, na których cała trójka gra "Kashmir" Zeppelinów. Szkoda, bo to mogłoby być wydarzenie. Ciekawe są też sprawy osobowościowe. O ile White i The Edge nie unikają mediów, to Page jest osobnikiem dość wyizolowanym, a dzięki filmowi dowiedziałem się o nim paru nowych rzeczy.

Myślisz, że spotkanie trzech wybitnych artystów faktycznie wnosi coś nowego do debaty o roli gitary w rock and rollu?

- To raczej swoiste résumé tego, co już znamy dzięki dziesiątkom filmów i publikacji. Gitara jest utożsamiana z rock and rollem bardziej niż inne instrumenty, ale ja traktuję ją na równi z basem, perkusją czy klawiszami. To bardziej symbol niż instrument.

Czy Page, Edge i White to dobrze dobrani reprezentanci kolejnych "gitarowych epok"?

- Jeśli przyjąć, że Jimmy Page reprezentuje lata 70. (na tę dekadę przypadają jego najbardziej znane dokonania), The Edge jest uosobieniem brzmienia lat 80., a White wyróżnia się na tle gitarzystów nowego wieku, to brakuje mi postaci z lat 90. Choćby takiego Toma Morello, gitarzysty Rage Against The Machine, który w tamtym okresie naprawdę się wybijał. Riff do "Killing in the Name" był wtedy wielkim hitem. Nie wspominam już o takich gitarzystach jak Thurston Moore czy Lee Ronaldo (obaj z Sonic Youth), choć oni byliby tu pewnie zbyt niszowi... Mogłoby się za to znaleźć miejsce dla Van Halena, Roberta Frippa czy Vernona Reida - prawdziwych osobowości gitary.

Wizja muzyki którego z trójki gitarzystów jest ci najbliższa?

- To się zmienia. Podziwiam oldschoolowy kunszt oraz nowatorstwo Page'a, cenię go również jako kompozytora, ale nie potrafię się cieszyć zbyt długimi solówkami. U Jacka White'a podoba mi się garażowa surowość brzmienia, miłość do starych instrumentów i bezkompromisowe podejście do nagrywania. Traktuję go bardziej jako świetnego muzyka niż gitarzystę. Ale pomyślę, że jest wybitny, kiedy ułoży więcej takich piosenek jak "Seven Nation Army". Najmniej wspólnego mam chyba z gitarzystą U2. Szanuję jego eksperymenty z efektem delay, ale gra i kompozycje The Edge'a są dla mnie zbyt popowe. Od dłuższego czasu nie słyszę w muzyce U2 świeżości.

A nie masz wrażenia, że cichym bohaterem filmu Guggenheima jest blues?

- Blues to podstawa rock and rolla i chyba pierwszy gatunek, w którym gitara stała się tak ważnym instrumentem. Nie mogło go tu zabraknąć.

Jeśli miałaby powstać druga część takiej gitarowej opowieści, kogo widziałbyś w obsadzie?

- Dla przeciwwagi widziałbym film z gitarzystami eksperymentatorami. Inne oblicze gitary, preparacje, efekty. Obok wymienionych wyżej gitarzystów, którzy zostali pominięci w "Będzie głośno", przed kamerą mógłby zasiąść Piotr Pawlak z zespołu Kury. Moim zdaniem to najlepszy polski gitarzysta.