Kolejka do szatni, oblegany bar. Trudno się dostać nawet do palarni, gdzie w kłębach dymu dopalają papierosa widzowie i komicy. Do występu zostało 10 minut. Wszyscy chcą zająć dobre miejsce. Nagle ukryta w mroku widownia cichnie, na scenę warszawskiego Centralnego Basenu Artystycznego wychodzi blondyn w kurtce pilotce i z zadziornym uśmiechem rozpoczyna show.



- Jesteśmy tu po to, żeby powiedzieć wam prawdę. A prawda jest taka, że najnowszy serial TVN "Majka" jest beznadziejny. ITI płaci grube miliony scenarzystom, a oni potrafią wymyślić tylko marną kopię "BrzydUli". Widzieliście bannery "Majki" na mieście? (Taaaak! - odpowiada chórem publiczność). Jakby ktoś jej zarąbał zdjęcie z profilu na Goldenline!

Widownia wybucha śmiechem. Karol Kopeć płynie ze swoim dowcipem dalej.

Każdy z 6 komików amatorów zafascynowanych stand-up comedy ma po 15 minut na scenie. - Nie wszystko, co mówią, rozśmiesza publiczność. Dopiero się uczą. Ale żaden z nas się tym nie przejmuje - mówi Krzysztof Unrug, który wraz z kilkoma znajomymi zorganizował w klubie CBA wieczory ze stand-upem.

Dawno temu w Ameryce

Jak wiele znanych historii, ta również zaczęła się w Stanach Zjednoczonych pod koniec XIX w. Na początku komicy bazowali na stereotypach. Obśmiewano czarnoskórych, Szkotów, Niemców czy Żydów. Tematy były przyziemne, chwytliwe dla mas i bardzo niecenzuralne. Jednym z twórców stand-up comedy był Mark Twain. Z czasem wyłoniły się ikony tego stylu: Jack Benny, Fred Allen czy nazywany mistrzem ceremonii Frank Fay. Nie wcielali się w żadne role, byli sobą. Obśmiewali dosłownie wszystko, nawet religię i polityków. Zdarzało się, że po występie komicy lądowali w areszcie. Od połowy zeszłego stulecia stand-up szerzy się jak epidemia. Dziesiątki tysięcy ludzi śmieją się do rozpuku na ogromnych stadionach, w teatrach, kawiarniach i przed telewizorami. I już nie tylko w Stanach.

Chłopaki z CBA

- Nigdzie się tego nie uczyłem, chyba że liczyć wszystkie wygłupy przed lustrem czy na imprezach. Ale ile można robić z siebie idiotę przed znajomymi? - śmieje się Krzysztof Unrug.

Na scenę wychodzi po przerwie. Wyciąga przed siebie rękę i pokazuje wyprostowany serdeczny palec. Publiczność nie wie, o co chodzi, kilka osób rechocze. - Chodzi o to, że ja nie mam opuszki palca - mówi Krzysiek. Co się dzieje, jak ktoś straci kawałek palca? Dzwonię na pogotowie. "Proszę pani, k...a, palec mi odgryźli!". "Kto panu odgryzł?" - pyta dyspozytorka. "A co to, k...a, ma za znaczenie? Odgryźli i już, dawajcie tu ambulans i to natychmiast!". "Słyszałaś Irenka? Palec mu odgryźli" - słyszę w słuchawce rozmowę pielęgniarek. Karetka nie przyjedzie. Wybiegamy z kumplem przed blok. W oddali widać karetkę. Krzyczę: "Szybko do szpitala!". "Panie. My z Zarządu Dróg Miejskich, o co chodzi?". "A o to" - mówię i pokazuje im fuck.

Krzysztof zawsze ma przy sobie notes, bo - jak mówi - tematy do stand-upu leżą na ulicy. Tylko nieliczni potrafią je opowiadać tak, by publiczność pękała ze śmiechu. - Żartuję z ludzi, siebie, głupich sytuacji z życia wziętych - tłumaczy Krzysztof. Cały czas poszukuje.

W Ustach Mariana publika roześmiana

Mała przyciemniona sala w piwnicy klubu Usta Mariana. Podczas wieczorów stand-up comedy z trudem mieści się tam sto osób. Szczęśliwcy, którzy przyjdą wcześniej, siedzą na krzesłach, reszta wskakuję na blat baru i stoi na schodach. To tu można spotkać na scenie m.in. Tomka Kammela czy Roberta Leszczyńskiego.

- To był mój pierwszy raz, ludzie śmiali się w kompletnie innych momentach niż to sobie zaplanowałem - mówił Leszczyński. - To dziwne uczucie. Mniej stresujesz się mówiąc do milionów ludzi przed telewizorami, niż czując oddech kilkudziesięciu ludzi, którzy po prostu mogą się nie zaśmiać. Ale tu nikt nie zostanie wygwizdany - dodaje.

W Ustach Mariana wieczory ze stand-upem pół roku temu rozkręciła Ela Wycech, która wcześniej występowała z kabaretem EKG. - Na scenie nie atakuję nikogo personalnie, poza tym mogę powiedzieć wszystko i nic mnie nie ogranicza jak w teatrze - mówi. W Ustach Mariana występuje też Sylwia Wróblewska. Pomysł na rozbawianie ludzi wzięła z życia. Opowiada o swoich barmańskich doświadczeniach z pijanymi klientami, którzy podrywali ją w lokalu. Wstęp od 18 lat.

Walka i wybór

Solowe występy artystów stają się w Polsce coraz bardziej popularne. Tylko że ze stand-upem niewiele mają wspólnego. Cezary Pazura i Marcin Daniec przodują w humorze dla mas, szczęśliwcy mogą trafić na występy Rafała Rutkowskiego czy Aldony Jankowskiej znanej z "Rozmów w tłoku" w programie Szymona Majewskiego. Ale prawdziwy stand-up comedy dopiero kiełkuje - właśnie w niewielkich klubach, za sprawą amatorów. Dlaczego tak mozolnie rozwija się to, co od lat zalewa kluby w Stanach i Anglii?

- Na razie nie pozwala na to cenzura obyczajowości. W telewizji publicznej nie można przekląć ani mówić o tematach tabu. Dlatego eksploatowane przez nią rodzime kabarety coraz bardziej obniżają poziom humoru - mówi Grzegorz Halama, jedne z najpopularniejszych polskich komików. - A stand-up czasami jest wulgarny. Kiedy zacznie się odważniej mówić o seksie i trudnych sprawach, w końcu wkroczy na salony - mówi. I dodaje, że chce założyć w przyszłości pierwszą w Polsce szkołę stand-upu. Wcześniej, na wiosnę, wystąpi w Zielonej Górze ze swoim półgodzinnym występem.

Nam, jeśli chcemy trafić na unikalne występy, pozostaje śledzenie kulturalnych ogłoszeń i przeczesywanie niszowych klubów. Osobiście bardzo mnie to cieszy.