Z Adamem Małyszem rozmawia Łukasz Jachimiak

W Vancouver nie zdobył pan wymarzonego złota, ale dwa srebrne medale dla wielu były olbrzymią niespodzianką.

- Zdaję sobie z tego sprawę i cieszę się, że to, co się zdarzyło w Kanadzie, na zawsze zostanie też w pamięci kibiców. Miło mi, że łzy wzruszenia pojawiły się nie tylko w moich oczach. Ludzie, którzy we mnie nie zwątpili i cały czas trzymali kciuki dają mi mnóstwo radości.



Po drugim konkursie z radości całował pan swoje narty i śnieg. Czuł pan ulgę?

- Kiedy zdobyłem medal na skoczni normalnej, mówiłem, że na dużej będzie mi lżej. Ale okazało się, że nerwy były okropne. Przez cztery dni treningów widziałem, że rywale skaczą bardzo dobrze, a wiatr mocno kręci. Czasami bałem się, jak to będzie, ale wtedy modliłem się do Boga, żeby mnie poniosły anioły i wiara wracała.

Co pan myślał, kiedy przed pierwszym skokiem wiatr był dobry, a sędziowie nie zezwalali na start?

- Pamiętam, że zostałem ściągnięty z belki, ale nie pamiętam, żebym się przejmował. W sumie i tak miałem całkiem fajny wiaterek.

O tych dwóch srebrnych medalach mówi pan, że smakują jak złoto. Naprawdę?

- Tak, bo Simon Ammann był poza zasięgiem, skakał jak nakręcony. Ja walczyłem z całą resztą. I ta reszta mnie nie pokonała.

Ta reszta to m.in. dominujący w tym sezonie Austriacy. Wszyscy młodsi od pana, najlepszy z nich, Gregor Schlierenzauer, aż o 13 lat.

- Starzeję się i doskonale wiem, ile pracy trzeba włożyć w przygotowania, żeby odnieść sukces. Teraz muszę się do wszystkiego przykładać jeszcze bardziej niż kiedyś. Młode wilczki są z tyłu, napierają i jest mi coraz ciężej. Ale jeśli ma się dobry sztab, wiarę i pracuje się sumiennie, efekty muszą przyjść.

Czuje się pan stary?

- Czuję się świetnie, skoki przynoszą mi niezmierną frajdę, daje mi ją też sprawianie radości kibicom. W Zakopanem ludzie prosili mnie, żebym jeszcze nie kończył kariery. Mówili, że nawet nie muszę dobrze skakać, że oni i tak zawsze na mnie przyjdą. To dla mnie wielkie wsparcie.

Więc jak będzie z tym Soczi?

- Boję się rozmawiać o Soczi, bo jeszcze wcale o tych igrzyskach nie myślę. Na razie cieszę się z sukcesu, jaki odniosłem w Vancouver i koncentruję na najbliższych konkursach w Skandynawii i kończących sezon mistrzostwach świata w lotach - w Planicy. Myślami wybiegam najwyżej do przyszłorocznych mistrzostw świata w Oslo. Tam wszystko się zaczęło, kiedy jako nowicjusz wygrałem Puchar Świata w 1996 roku. Na Holmenkollen byłem najlepszy w sumie pięć razy i mam sentyment do tej góry. Ze starej, zburzonej skoczni, powstają pomniki starych mistrzów. Podobno mój będzie największy, więc chcę go zobaczyć (śmiech).

W Oslo wszystko się zaczęło, ale niech się tam nie kończy. Małyszomania rozpędza się na nowo.

- Coś w tym jest, choć tak jak kiedyś to już nie będzie. I dobrze, bo wtedy bardzo mi ten szum przeszkadzał. Każdy chciał ze mną porozmawiać, zrobić sobie zdjęcie, chociaż mnie dotknąć. Dziś ludzie nie traktują mnie już jak robota. Wiedzą, że też mam rodzinę, swoje życie. A ja wydoroślałem, wiem jak się w różnych sytuacjach zachować. Kiedyś wszystko spadło na mnie jak wielki kamień, ciągle chciałem uciekać, chować się. Teraz jestem bardziej otwarty.

Może dzięki temu wrócił pan z Vancouver z medalami? Trener Hannu Lepistö twierdzi, że nigdy wcześniej nie spotkał tak wspaniałego skoczka jak pan.

- Ten sukces to zasługa całej grupy, która mnie prowadzi, ogromnego zapału do treningu, uporu i chęci udowodnienia, że można przetrwać słabsze sezony i znów pokazać, co się potrafi. Ja Hannu ufam bezgranicznie. Wykonywałem wszystkie jego polecenia, nie zaniedbałem niczego i spokojnie czekałem, bo on głęboko wierzył w to, co zaplanował. Można powiedzieć, że to był nasz wspólny scenariusz. Piękny, może nawet filmowy.

Zwycięskie powitanie

W sobotę Małysz wystartował w zawodach Pucharu Kontynentalnego w rodzinnej Wiśle. W obecności czterech tysięcy widzów gospodarz wygrał, w obu seriach skacząc 126,5 metra. Drugiego Manuela Fettnera z Austrii Małysz wyprzedził aż o 24,6 punktu, trzeciego Kamila Stocha o 24,7 pkt.