Z Maciejem Stuhrem rozmawia Daniel Banaczek.

Jacek Koprowicz przez długie lata przygotowywał scenariusz "Mistyfikacji". Jak doszło do pierwszego spotkania z reżyserem?

- Zanim doszło do spotkania, dostałem scenariusz, który mnie zafascynował. Już na papierze widać było, że nie tylko rola Łazowskiego, ale wszystkie trzy główne role są materiałem na fantastyczną kreację aktorską. Potem, gdy doszło do spotkania i poznałem Jacka, który zaproponował mi właśnie rolę Łazowskiego, odpowiedziałem mu, że nie tylko chciałbym zagrać, ale wiele bym oddał, żeby móc zagrać w "Mistyfikacji". Od tego czasu minęły dwa lata, podczas których zbierano pieniądze na film. Cały czas mocno trzymaliśmy kciuki, żeby to się udało. W końcu mogliśmy rozpocząć wspaniałą przygodę na planie. Teraz trzymamy kciuki, żeby ludzie przyszli do kin zobaczyć ten wspaniały film.



Powiedział pan, że rola w "Mistyfikacji" była najtrudniejszą, jaką pan dotąd zagrał. Jak by pan tę rolę porównał do roli w "33 scenach z życia" Małgorzaty Szumowskiej?

- U Szumowskiej moja rola była być może bardziej skomplikowana emocjonalnie, ale konstrukcja bohatera była o wiele prostsza. Był to bowiem chłopak prawie taki jak ja. Film portretował bardzo mi bliskie środowisko, które dobrze znałem. Rolę Łazowskiego natomiast musiałem konstruować od zera. Zależało mi na tym, żeby to był człowiek radykalnie inny od tego, jakim jestem na co dzień, i od ról, które dotąd zagrałem. Musiałem wymyślić od nowa jego fizyczność, ekspresję, sposób poruszania się, co dla aktora jest wielką frajdą, bo dziś raczej stawia się na aktorstwo oszczędne. Ten film był właśnie o tyle odmienny, że dawał możliwość lekkiego szaleństwa, polegającego na wymyśleniu czegoś zupełnie od zera.

Kreacja aktorska to też strój i charakteryzacja, znakomita w tym filmie. Podoba się panu moda z lat 60.?

- Nigdy nie byłem ubrany w tak okropne rzeczy jak tutaj. Moda z lat 60. te koszulki non-iron, blezerki, wytarte prochowce, coś okropnego. Postanowiłem więc iść za ciosem. Kiedy wymyślaliśmy charakteryzację z mistrzem w tym fachu Waldemarem Pokromskim, zaproponowałem, żeby mój bohater wyglądał tak źle, jak to tylko możliwe. Postanowiliśmy, że zapuszczę wąsik, będę miał sklejone włosy, żeby wyglądały jak przetłuszczone.

Jak pan ocenia ojca w roli Witkacego?

- Myślę, że ojciec ma w sobie duże poczucie prawdy. Poza tym ma też spore wyczucie formy, co w przypadku Witkacego ma ogromne znaczenie. Na pewno dla niego to nie było łatwe zadanie - zmierzyć się z legendą, nie będąc podobnym do pierwowzoru.

To nie jest pierwszy film, w którym gra pan razem ojcem, ale pierwszy, w którym nie jest on reżyserem.

- To było dla mnie wyzwolenie. Dotychczas, gdy graliśmy razem, on miał nade mną władzę reżyserską, oprócz ojcowskiej. Dotąd zawsze mógł mi powiedzieć "tu za dużo, a tu za mało czegoś robisz!", a ja musiałem go pokornie słuchać. W "Mistyfikacji" natomiast, czasem nawet z przekorą, grałem po swojemu. Nie zawsze musiałem wykorzystywać jego dobre rady.

Jak się pan odnosi do tajemniczej historii Witkacego w wersji Jacka Koprowicza?

- Z wypiekami na twarzy, bo człowiek, który ciągle przebywa z Jackiem Koprowiczem, sam już nie wie, co jest prawdą, a co mistyfikacją. Mam czasem wrażenie, że on wie więcej, niż nam mówi.

Pan też jest zafascynowany Witkacym?

- Moja fascynacja Witkacym podobna jest do fascynacji młodego grzecznego ucznia, który patrzy na największego łobuza w szkole. Patrzy się na takiego człowieka z wyższością, a jednocześnie z zazdrością, że fajnie by tak było łamać te wszystkie zasady. Myślę, że mój bohater też patrzy na Witkacego z pewną zazdrością, jak na postać, którą nigdy nie będzie.