Z Robertem Gawlińskim rozmawia Artur Tylmanowski

Teledysk do "Grzeszników" promujących nową płytę wyreżyserował Borys Lankosz, twórca "Rewersu". To niezły początek.

- Znamy się z Borysem od wielu lat. Jest autorem dwóch klipów do moich solowych płyt, a także teledysku Wilków do "Słońce pokonał cień". Zawsze był mocny, jeśli chodzi o dokumenty, a teraz zgarnął komplet nagród za fabułę. No i znów pracowaliśmy razem. Obraz do "Grzeszników" kręciliśmy w Grecji, gdzie powstawały utwory na cały "Kalejdoskop".



To twoje miejsce do pracy?

- Tak. Od lat jeździmy tam z rodziną, wynajmujemy dom na odludziu, mamy czas dla siebie, dla synów. Z daleka od cywilizacji, internetu, telewizji. Dookoła gaje oliwne, drzewka cytrynowe, pomarańcze. Patrzę przez okno i mam bezkresne, szumiące Morze Śródziemne. Tam znikają wszystkie problemy, inaczej się myśli.

A skąd wziął się tytuł "Kalejdoskop"?

- Ja o muzyce mówię obrazami. Słuchając płyty, podróżujesz w myślach, a tam tworzą ci się wciąż nowe obrazki. Mam nadzieję, że tak jest.

Na tej płycie wspominasz Stanisława Grzesiuka. Pamiętasz go?

- Pamiętam jego płytę. To były same greatest hits. Miałem bardzo młodych rodziców, bo mama urodziła mnie, jak miała 18 lat. Pamiętam takie domowe imprezy - miałem jakieś siedem lat, a jak już goście sobie wypili, mama wchodziła do mojego pokoju, przymykała drzwi i wtedy włączali płytę Grzesiuka. Do dzisiaj, obudzony w nocy, mógłbym dosłownie wszystkie te piosenki zaśpiewać.

Pamiętam utwór, który śpiewałeś w języku Romów. Nauczyłeś się go do tego numeru?

- Nie, trochę go znam i pewnie dziś też bym się w nim jakoś dogadał. Wychowywałem się w jednym domu z cygańską rodziną, moi dziadkowie mieszkali na drugim piętrze, a oni na parterze. Nigdy się na nich nie zawiodłem. Spędzałem z nimi bardzo dużo czasu, mieliśmy nawet zespół. Jako jedyny człowiek spoza kręgu cygańskiego śpiewałem na ich uroczystościach!

Już wtedy wiedziałeś, że będziesz muzykiem?

- Tak. Na początku śpiewałem w domu - Grzesiuka i Jaremę Stempowskiego, potem na szkolnych uroczystościach. W końcu trafiłem na przegląd piosenki w Warszawie. Wyszedłem, zaśpiewałem utwór Zdzisławy Sośnickiej "Dom, który znam". Wszyscy oszaleli!

I dostałeś pierwszy kontrakt?

- Jako 10-latek miałem zawodową menedżerkę i autorkę muzyki! Menedżerka przychodziła do szkoły i wręczała po czekoladzie wychowawczyni i woźnej prosząc, by pilnowały, żebym nie pił zimnej wody z kranu. Ale z czasem zaczął mi doskwierać ten brak wolności. Byłem w końcu normalnym nastolatkiem, dlatego przestałem śpiewać, a zacząłem kopać piłkę.

Ale jak widać wróciłeś do muzyki.

- Comeback przyszedł w ósmej klasie podstawówki. Pojawiły się dziewczyny, wspólne ogniska, gitara, wino. I wtedy zacząłem wykorzystywać to, co wyniosłem z pierwszego okresu nauki.

To płyta zupełnie inna niż to, co robiłeś ostatnio z Wilkami, mniej komercyjna. Jak dzielisz swoją pracę pomiędzy te dwa projekty?

- Wilki są zespołem poprockowym. Moje solowe płyty mówią o poważniejszych rzeczach. Nie znalazłbyś na nich nigdy numeru w stylu "Baśki".

Jest za to o przemijaniu. "Każdego dnia zaczynam wolniej oddychać" - śpiewasz w "Cieniu ciszy". Zaczynasz myśleć o takich sprawach?

- Jeżeli mam chwilę i nie żyję tak szybko, jak zwykle - to tak. Z wiekiem coraz lepiej widzę upływ czasu. I zdaję sobie sprawę z tego, że każda chwila pięknie przeżyta jest więcej warta niż tysiąc innych byle jakich.