Na mistrzostwach świata w 1966 roku Korea Północna wywołała największą sensację w historii tej imprezy. Pokonała w grupie eliminacyjnej Włochów 1:0 i wyrzuciła ich z turnieju. W ćwierćfinale znów była blisko zaszokowania futbolowego świata, bo po 25 minutach prowadziła 3:0 z Portugalią! Kres szaleństwu zadał dopiero słynny Eusébio. Strzelił cztery gole, piątego dołożył José Augusto Torres i... o sensacyjnych ćwierćfinalistach na lata słuch zaginął.



Dziś znów o piłkarzach KRLD może być głośno, bo po raz drugi w historii zagrają w mundialu. I choć od ich pierwszego występu minęło prawie pół wieku, o tej reprezentacji wciąż nie wiadomo nic. Przez tę barierę anonimowości - także dlatego, że jako jedyny spośród północnokoreańskich piłkarzy nie boi się udzielać wywiadów - przebija się właściwie tylko napastnik Jong Tae-Se.

Gwiazdor "Chollima" - przydomek reprezentacji wziął się od mitycznego konia, którego nie da się ujarzmić -

przyszedł na świat 26 lat temu w japońskiej Nagoi. Jego rodzice urodzili się w Korei Południowej, ale w KRLD na pewno wam tego nie powiedzą. W jaki sposób Jong znalazł się na totalitarnej północy? Uczęszczał do założonych w Japonii północnokoreańskich szkół, m.in. na Uniwersytet Koreański. I właśnie ze względu na szacunek do kraju, który pośrednio dał mu wykształcenie, postanowił kopać piłkę dla północy. Tę decyzję podjął cztery lata temu, rozczarowany przegraną tej drużyny z Japonią w eliminacjach do mistrzostw świata w Niemczech.

Ale zanim nałożył koszulkę "Chollimy", musiał przejść długą drogę. Gdy postanowił zmienić obywatelstwo z południowo- na północnokoreańskie, usłyszał, że nie może tego zrobić, bo według prawa Korei Południowej Korea Północna nie istnieje. W końcu jednak z pomocą kilku organizacji północnokoreańskich dopiął swego. Otrzymał drugie obywatelstwo, mimo że oba kraje nie uznają swojej suwerenności (!).

Kiedy FIFA zgodziła się, by grał dla KRLD, nie posiadał się ze szczęścia. - Czuję się północnym Koreańczykiem i to dla mnie wielki honor być częścią reprezentacji tego kraju - mówił. I już w debiucie udowodnił, jak bardzo mu na tym zależało. W meczu z Mongolią w eliminacjach Pucharu Azji Wschodniej strzelił aż cztery gole. W kolejnym, z Makau, powtórzył ten wyczyn. A w turnieju głównym został królem strzelców. Jego drużyna zajęła co prawda dopiero czwarte miejsce, ale dzięki golom Jonga zremisowała 1:1 z Japonią i z... Koreą Południową. To wtedy wschodnie media zaczęły go nazywać "azjatyckim Wayne'em Rooneyem" albo "Rooneyem ludu". Choć on sam uważa, że bliżej mu do Didiera Drogby.

Być może Jong tak jak oni grałby w Premier League, bo interesowali się nim Blackburn Rovers, ale Korea Północna nie zezwala swoim piłkarzom na takie wojaże. Dlatego nasz bohater na co dzień gra w japońskim Kawasaki Frontale. W 111 występach w J-League zdobył 46 goli. Trzy razy sięgał po wicemistrzostwo Japonii, a dwa razy dotarł do ćwierćfinału azjatyckiej Ligi Mistrzów.

Przyczepić można się tylko do skuteczności Jonga w szczęśliwych dla KRLD eliminacjach mistrzostw świata. Trafił w nich do siatki tylko raz, i to w przegranym 1:2 meczu z Iranem. Ale przedwczoraj znów dał o sobie znać, strzelając dwa kapitalne gole Grekom (szczególnie pierwszy zrobił wrażenie - piłka uderzona z 18 metrów odbiła się od poprzeczki i wpadła do bramki). To świetny prognostyk przez mundialem, w którym Koreę Północną znów - jak 44 lata temu - wszyscy skazują na pożarcie. Trafiła bowiem do grupy śmierci z Brazylią, Portugalią i Wybrzeżem Kości Słoniowej. Ale Jong jest dobrej myśli. - Szczególnie nastawiam się na mecz przeciwko Drogbie, gramy bardzo podobnie. A naszym celem jest wyjście z grupy. Jeśli jednak nie będziemy wierzyć w to, że wygramy, to nie wygramy. A jeśli uwierzymy, że możemy to zrobić, to po prostu to zrobimy - zapowiada.