Piotr stracił już tydzień



Piotr z Warszawy (32 l.) od tygodnia jest sam w domu. Jego żona Małgosia z 4-letnią córką Olą pojechały na Mazury.

- Oczywiście, że nie mówiłem o tym głośno, ale cieszyłem się na ich wyjazd jak dzieciak. "To będą moje dwa tygodnie, wreszcie sobie odpocznę" - myślałem. Plany były wielkie: miałem odwiedzić babcię (chciałem codziennie wpadać do niej na obiad), odświeżyć stare znajomości, poimprezować, bo nie trzeba się spieszyć do domu, żeby zdążyć opowiedzieć bajkę Oli. Zamierzałem też wziąć się za swój rosnący od piwa brzuch - od poniedziałku miałem zacząć systematyczny poranny jogging, codziennie po pracy wpaść na basen. W końcu to pierwsze wakacje od trzech lat, kiedy spędzamy oddzielnie urlopy. Jeszcze z dworca pojechałem na siłownię, kupiłem karnet na cały miesiąc.

W ten pierwszy własny weekend miałem poczucie, że jest mi świetnie: cały dzień jestem panem swojego losu, a wieczorem telefon do dziewczyn. Zdążyłem odmalować przedpokój (od miesięcy to przekładałem), dowiozłem jakieś zaległe dokumenty do urzędu dzielnicy (zbierałem się od marca). Od poniedziałku planowałem zacząć szukać większego mieszkania - czysta przyjemność. Codziennie miałem sprawdzać dwie oferty, a wieczorem zdawać relacje Małgosi. Umówiliśmy się, że jeśli coś jest naprawdę atrakcyjne, ona wsiada w pociąg, przyjeżdża, żeby zaakceptować, i kupujemy.

Zapał straciłem już we wtorek. Wróciłem do domu od razu po pracy i zacząłem szukać ofert w sieci. Otworzyłem sobie piwko, jedno, drugie. Wieczorem miały być kolejne, bo szykowała się impreza integracyjna na mieście. Nie poszedłem tam jednak (nie będę szedł przecież do pracy, kiedy po raz pierwszy od dawna mogę sobie pobyć zupełnie sam!).

Dziś jest czwartek, od tygodnia moje życie słomianego wdowca (który powinien przecież żyć pełną piersią, imprezować na całego) ogranicza się do linii praca - dom. Nie biegam, karnet na siłownię leży niewykorzystywany, a babcia wciąż wydzwania, kiedy przyjdę na obiad.

Chodzę z kąta w kąt, wieczory spędzam w internecie, obalam kolejne butelki wina do lusterka, nie chce mi się nawet spotkać z najlepszym kumplem na piwo i mam rosnące poczucie traconego czasu. A dziewczyny wracają już za tydzień.

Jak wykorzystać dla siebie czas, gdy reszta rodziny wyjechała na wakacje?

Z dr. Jakubem Kołodziejem z Ośrodka Terapeutyczno-Szkoleniowego w Lublinie rozmawia Michał Stangret

Z czego wynikają wakacyjne cierpienia słomianych wdów i wdowców?

- Mechanizm jest prosty: wyjeżdża druga połówka z dziećmi i z dnia na dzień wypadamy z roli, w której trwaliśmy przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Zwykle to wygląda tak, że przez kilka dni mąż, żona, ojciec, matka faktycznie odpoczywa, po czym zaczyna czegoś brakować. To naturalne.

Czy to tylko tęsknota?

- Raczej nieumiejętność poradzenia sobie z szybką zmianą tempa życia. Przecież ten słomiany wdowiec do tej pory cały czas był w biegu. Najpierw śpieszył się, żeby zdążyć z pracy po dziecko do przedszkola, potem znów pośpiech, bo trzeba było zorganizować wspólny posiłek, w końcu należało zdążyć jeszcze iść z żoną do kina. Codziennie było coś. Teraz z dnia na dzień te obowiązki zanikają, nie musimy nic. Niestety, dziś szczególnie mieszkańcy wielkich miast nie potrafią już żyć tak, żeby nic nie robić. Potrzebują ciągłych bodźców. Dlatego gdy nagle tempo życia spada, czujemy pustkę.

Ale my przecież nie chcemy, żeby tempo życia spadało. Od miesięcy planowaliśmy, jak tę pustkę zapełnić, ale szybko nam się odechciało. Dlaczego?

- Bo się za bardzo spinaliśmy. Planujemy, że codziennie rano będziemy biegać 10 kilometrów, schudniemy 20 kilo, rzucimy palenie, wyremontujemy całe mieszkanie, załatwimy zaległe sprawy w urzędach, odnowimy wszystkie stare znajomości, nadrobimy zaległości w lekturach. Gdy któryś z naszych planów nam nie wychodzi, popadamy we frustrację, po czym zarzucamy go całkowicie. Tymczasem, przyznajmy sobie szczerze, te plany były z góry skazane na niepowodzenie. Ambicja znów nas pogrążyła.

No więc co trzeba było zrobić? Po prostu mniej planować?

- Najlepiej w ogóle nie planować. Gdy rodzina wyjeżdża na urlop, to mąż, który zostaje w domu, też ma urlop. Leniuchujmy, wysypiajmy się, ile można, jedzmy kolację trzy godziny... Ważne jest tylko, by nie chwytać się tak niebezpiecznych zabijaczy czasu jak alkohol.

No pewnie, przesiadujmy całe wieczory przed komputerem, chodźmy z kąta w kąt. Tym samym znaleźliśmy się w punkcie wyjścia naszej rozmowy. Przecież ci słomiani wdowcy i wdówki właśnie dokładnie tak robią.

- Z tym, że nie potrafili się z tym pogodzić. Tylko świadome nicnierobienie, a nie ostry wyścig, by wykorzystać ten czas, spowoduje, że faktycznie go wykorzystamy. Człowiek jest wyposażony w wewnętrzne sygnały, które już po kilku dniach prawdziwego leniuchowania dadzą mu znać, że tego chodzenia z kąta w kąt jest za dużo. Wtedy wrócą nam ożywienie, siły witalne i motywacja do tego, by jednak sobie ten czas jakoś rozsądnie organizować, pojechać do znajomego, do sklepu. Jeśli się spadnie z życia w dużym tempie, to ciężko wyhamować, ale po prostu trzeba się z tego wyrwać. Nawet na siłę.