Z Maćkiem Maleńczukiem rozmawia Artur Tylmanowski

Wszystkie swoje projekty zostawiłeś na rzecz Psychodancingu. Co z Homo Twist?

- Wiem, że nigdy już nie powrócę do grania ciężkiej muzy.

Nie wierzę.

- Uważam, że to w tej chwili nie ma sensu. Całą tę sprawę przejęły zespoły typu Behemoth. A ja z nimi konkurować nie zamierzam. Ale przyznam, że mam pomysł na jeszcze jedną płytę Homosa. Taką całkowicie studyjną, ambitną, bez udawania, że znowu próbujemy śpiewać piosenki w stylu Nirvany czy Soundgarden. Taką bez żadnych objawów komercji.



To właśnie udało się zespołowi Behemoth: Nergal i spółka grają od lat swoje, a krąg ich fanów stale rośnie...

- Jak chciałbym wskrzesić inne ciężkie granie. Bo słuchanie Behemoth przypomina mi jazdę na wysokoobrotowym motocyklu: mały silnik, duże obroty. Taka wiertarka. A prawdziwa moc nie leży w silniku dwulitrowym, który się szybko kręci, tylko w sześciolitrowym, który się kręci wolno, stuka powoli, ale samochód pędzi. I tak sobie wyobrażam obecnie granie ciężkiej muzyki.

Wydaje mi się, że zaatakujesz z całkowicie innej strony... Podczas czerwcowego koncertu z okazji Twojego 25-lecia pogodziłeś się z Andrzejem"Pudlem" Bieniaszem, założycielem Pudelsów...

- Nie, nie, nie! Na to niech nikt nie liczy. Być może będzie jakiś powrót do spółki autorsko-tekstowej. Czasem "Pudel" mi się przydaje, bo dorzuca takie głupoty (śmiech), z których powstają bardzo dobre teksty. Ja sam piszę całkiem poważne rzeczy typu "Nie mogę ci wiele dać" czyli opolski przebój. Gdyby ktoś zadał sobie trud i wsłuchał się w ten tekst, odkryłby, że on jest bardzo ponury, nie dający zbyt wiele nadziei na to, że ktoś ci cokolwiek da. Jeżeli sam w życiu nie wydrzesz tego, co chcesz, ono nic ci nie da.

Stuknęło ci ćwierć wieku na scenie. Punkty zwrotne kariery to...

- Pierwszy to wyjście z więzienia i granie na ulicy. Drugi rozdział: 1986 rok i Pudelsi. Trzeci - 1993 rok i Homo Twist. Potem kolejne płyty Pudelsów czyli rozstania i powroty. Co ciekawe w tym samym czasie nagrywałem z Homo Twist i wydałem aż siedem płyt. Czyli więcej niż z Pudelsami! W tej chwili mam na koncie 25 płyt i na każdej z nich jestem liderem. I grubo ponad 120 w których uczestniczę.

Ale wśród nich jest tylko jedna płyta analogowa. A podobno jesteś wielkim fanem analogów!

- Tak. To "Bela-Pupa" nagrana jako Pudelsi&Kora. Ale to nie jest moje ostatnie słowo w tej kwestii. Z analogami łatwo nie jest. Zaprzyjaźniony zespół NOT zrobił tak: nagrali materiał na komputer w warunkach domowych i chcieli przetransportować na winyl. To nieprzekładalne. Bo przegrywanie z komputera to nie jest winyl tylko totalna ściema.

Jak więc zarejestrować dobry analog?

- Musisz najpierw zarejestrować materiał na taśmie a potem dopiero nagrać na analog. Nie z komputera bo takie płyty brzmią beznadziejnie, płasko. Weź dla kontry kubańskie czy amerykańskie analogi! Wiem o czym mówię, bo mam ich w Jodłowej całe mnóstwo. I dobrze brzmią tylko te, nagrane na magnetofonach szpulowych.

A co się stało, że postanowiłeś zagrać w filmie "Hel"? Scenariusz cię skusił?

- Raczej chciałem zobaczyć siebie w epizodzie, zobaczyć jak to jest. I wiem, że już więcej nie będę tego robił. To czekanie, marznięcie, mówienie jakichś wyuczonych tekstów. To w ogóle nie moja bajka.

Bo lubisz żywioł. Postawiłeś na niego wydając drugi album koncertowy - "Psychodancing: Live". Dlaczego płyta na żywo a nie kolejna autorska?

- Bo album koncertowy udowadnia co potrafisz, jako muzyk. W studiu możesz dziś zrobić wszystko, ale wyjdź potem na scenę i pokaż, że potrafisz to zagrać! W jazzie wszystko jest od dawna na odwrót - płyta koncertowa jest zawsze dużo lepsza od studyjnej. W rock'n'rollu i popie inaczej. Wystarczy zobaczyć pierwszy lepszy koncert Lady Gagi, żeby usłyszeć jak najzwyczajniej w świecie fałszuje. Poza tym jej zespół w akcji jest bardzo słaby. Madonna jeszcze gorzej: co drugi utwór z playbacku. To co zrobiła w Polsce to bezczelność. Moim zdaniem należy skończyć z tym żeby amerykańscy artyści grali u nas z playbacku!

Czym jest nagrana niedawno płyta Maleńczuk/Kukiz. Tym samym co płyta Maleńczuk/Waglewski?

- Nie. Wojtek Waglewski jest moim prawdziwym kumplem. I z Wojtkiem naprawdę się spotkałem, robiliśmy próby, było spotkanie artystyczno-muzyczne. A z Kukizem załatwiłem sprawę przez telefon. Nawet żeśmy się nie widzieli.

Jest wam po drodze artystycznie?

- Nie jest. Patrząc na to co robi Kukiz to mogłoby być, ale nie jest. Jego przypadek polega na tym, że jest mądrzejszy niż piosenki, które śpiewa. U mnie natomiast jest odwrotnie: być może moje piosenki są mądrzejsze ode mnie samego.

Kiedyś dużo śpiewałeś o Krakowie, 15 sierpnia we wsi, do której się przeniosłeś, Jodłowej, zabrzmi Psychodancing...

- Nie, z wielkim bólem muszę przyznać, że plenerowy koncert w mojej wsi został odwołany ze względu na sprawy powodziowe. Ale to nie znaczy, że my go nie zagramy. Jest sala gimnastyczna, zrobię im tam prawdziwy dancing, tak żeby poszli w tany! Żeby stary chłop wziął starą babę w obroty!(śmiech).

Takie szaleństwo w tej Jodłowej?

- Uwierz mi: na wsi to szaleństwo jest 1000 razy bardziej prawdopodobne niż w mieście! W Jodłowej chłop strzela jedno piwo i śpiewa. Chłopi są u mnie szaleni - jak oni obsługują te rolnicze sprzęty, jak oni jeżdżą tymi traktorami...!

I zatrzymują się pod twoim domem żeby posłuchać jak gracie?

- Tak, przychodzą i pytają: co was tak słabo słychać?! A ja przyzwyczajony do miejskiego klimatu w trosce o nich wyciszyłem tę salę do ostatnich decybeli!

Oni chcą czadu!

- Pewnie! Wiesz, mają to we krwi. Dlaczego? Bo każdy z nich co rano odpala piłę tarczową, wydającą o wiele głośniejsze dźwięki niż my, grając. Zmierz sobie poziom głośności piły tarczowej w momencie gdy przykładasz do niej kawałek drewna. Natężenie potrafi dojść do 140 decybeli!

I w takich warunkach potrafisz się skupić i w Jodłowej przekładać epos rycerski? Jak idzie?

- To "Pieśń o Rolandzie". Tłumaczę korzystając ze źródeł francuskich, ale również z polskich. Robię poetycki, dziesięciostopniowy przekład, bo ten który istnieje - Żeleńskiego - nie jest rymowany. Jestem aktualnie przy 150 pieśni, czyli mniej więcej w połowie.

Kiedy skończysz?

- Za sześć lat. Obawiam się, że w dniu kiedy się z tym uporam zdechnę. Trochę się tego boję.

A bardziej optymistycznie? Jakie masz plany na kolejne 25 lat kariery?

- Jeśli nie dokonam żywota nad "Pieśnią o Rolandzie", kolejność będzie taka: emerytura, renta a potem śmierć. Już zacząłem pisać wspomnienia i pamiętniki. Ale nawet jak przyjdzie po mnie kostucha to wiem, że nigdy nie umrę. Jestem wieczny! (śmiech).