Z Johnem Irvingiem rozmawia Aneta Szeliga

Zgodziłby się Pan z określeniem, że wszystkie Pana książki są mniej lub bardziej autobiograficzne?

- Nie, nie zgodziłbym się. Zawsze powtarzam, że moje życie jest bardzo mało ciekawe. Wszystkie moje powieści są o tym, co wymyśliłem. I o tym, czego się boję. "Zanim cię znajdę", moja przedostatnia powieść, dość wiernie oddaje to, czego doświadczyłem w dzieciństwie i kiedy byłem nastolatkiem. Dziennikarze piszą o niej, że jest autobiograficzna. Opowiada o aktorze, którego matka jest tatuażystką, a ojciec organistą... Nic z tego mi się w życiu nie przytrafiło. Ale rzeczywiście dzieciństwo i dojrzałość tej postaci, a zwłaszcza doświadczenia seksualne, są najbardziej zbliżone do moich własnych, spośród wszystkich 11 powieści, które do tamtego momentu napisałem.



A w Pana 12., najnowszej książce "Ostatnia noc w Twisted River"?

- Jedynym autobiograficznym wątkiem jest motyw pisarza Danny'ego Baciagalupo, jednej z trzech głównych postaci. Sposób, w jaki Danny pisze, wiernie oddaje moją metodę pisania. To, że każdy, kogo Danny kocha albo umiera, albo go opuszcza, nigdy mi się nie przydarzyło, a właśnie głównie o tym jest ta opowieść. Wszystkie moje książki są dziełem wyobraźni. Przez ostatnich kilka lat rozmawiam z dziennikarzami na temat tego, od kiedy biografia stała się inspirująca dla literatury. Dla mnie nie jest to ciekawe. Patrząc wstecz na moją twórczość, od lat 60., kiedy zacząłem pisać, przez 70., kiedy "Świat według Garpa" został opublikowany, po 80., kiedy napisałem "Hotel New Hampshire", "Regulamin tłoczni win", nikt nigdy nie zadawał mi "autobiograficznych" pytań. W latach 90. to się zmieniło. Ja się nie zmieniłem. Moje powieści też nie.

Co się w takim razie zmieniło?

- Czytelnicy, sama kondycja literatury. Spopularyzowanie powieści, które są oparte na faktach, dzienniki, biografie. Publikowanie w olbrzymiej ilości pamiętników, często ludzi, którzy nie mieli zbyt ciekawego życia. Ale też telewizja, pogoń za newsami. Pytania o wątki autobiograficzne zaczęły się jakieś 10, 15 lat temu. Czy ta postać to twoja matka? Czy ta postać to ty? Czy miałeś taką babkę? Gdyby Szekspir żył dziś, czy zadawalibyśmy mu pytania w stylu "Skąd masz taką wiedzę o królewskiej rodzinie? Nie jesteś z królewskiej rodziny". Nikt nie przepytuje wyobraźni Szekspira. Nie zastanawia się, czy w jego rodzinie wszyscy się nawzajem mordowali, tak jak w jego sztukach. Gdybym chciał, napisałbym autobiografię. Albo dwie. To by się wszystkim podobało. Ale nie mnie.

Dlaczego Danny, bohater Pana ostatniej książki, jest pisarzem? Dlaczego Pan go wymyślił jako pisarza?

- Napisałem trzy ksiązki, w których bohater jest pisarzem - "Świat według Garpa", "Jednoroczna wdowa" i "Ostatnia noc w Twisted River". W tej ostatniej bohater jest bardzo do mnie podobny jako pisarz, ale nie przypomina mnie jako człowieka. Danny ma w życiu pecha, odwrotnie niż ja. Myślę, że uczyniłem go pisarzem, bo to jest ciekawe, dużo wiem na ten temat.

Może dał mu Pan tak wiele ze swoich zawodowych cech, żeby w pewien sposób dokonać podsumowania swojej twórczości?

- Na pewno nie. Zawsze mam w głowie 2 lub 3 książki. Właśnie kończę pisać kolejną. Zacząłem o niej myśleć jeszcze wtedy, kiedy "Ostatnia noc w Twisted River" ukazała się po angielsku. Zazwyczaj zaczynam od tej, o której zakończeniu wiem najwięcej. "Ostatnia noc w Twisted River" była w mojej głowie o wiele dłużej niż inne powieści - przez ponad 20 lat. Wiedziałem o niej dużo, ale długo czekałem, aż pojawi się ostatnie zdanie. Wiedziałem, że Danny musi być pisarzem. Wiedziałem, ile ma lat, kiedy zabija Indiankę. Wiedziałem, że musi być wystarczająco dorosły, żeby wyobrazić sobie seks, ale jednocześnie za mały, żeby wiedzieć, co to jest. Wiedziałem przez 20 lat, co się przydarzy kucharzowi. Dwóch rzeczy długo nie wiedziałem - w jaki sposób Ketchum, trzecia postać, będzie powiązany z Dannym i jego ojcem i kim on do końca jest. Byłem pewny, że muszą ich łączyć silne więzy, ale nie miałem pewności, jakie to będą relacje. Choć wiedziałem, że to Ketchum będzie najważniejszą postacią tej opowieści.

Ostatnie zdanie - od niego zawsze zaczynam - w tym przypadku stanowiło dla mnie zagadkę. Myślałem, że może się pomyliłem. Brzmiało tak szczęśliwie: "Myślał, że wielka przygoda jego życia dopiero się rozpoczyna". Tak nieprawdopodobnie szczęśliwie. Długo zastanawiałem się, dlaczego Danny miałby być szczęśliwy - miał okropne dzieciństwo, jest samotnym facetem, odciętym od świata, nieszczęśnikiem. To szaleństwo! Ale zakończenie takie właśnie było - szczęśliwe. Danny był szczęśliwy, bo zaczynał nową powieść.

W ostatnim rozdziale, kiedy Danny zamierza napisać książkę o Ketchumie, cały czas szuka nie ostatniego, ale pierwszego zdania. Zapisuje pojedyncze zdania, myśli, na kartkach, które potem przypina do ściany. Czy Pański proces pisania wygląda podobnie?

- Zawsze zaczynam od zakończenia. W żadnej z moich 12 książek nie zmieniłem ostatniego zdania. Nawet jednego wyrazu. Potem kreślę coś w rodzaju mapy drogowej powieści. Od końca do miejsca, w którym powinna się zacząć. Zdania przychodzą do mnie. Tak jak Danny, nie wiem dokładnie, w którym znajdą się rozdziale. Nie umieszczam ich na ścianie tak jak on. Zapisuję je w notesach. Ale proces jest mniej więcej taki sam. Kolekcjonuję dialogi, zbieram zdania, myślę, kto mógłby je wypowiedzieć. Dla każdej z postaci zakładam osobne notesy. Mam dużo zdań, które na mnie czekają. Podobnie jak Danny myślę - nie, to nie jest dobre pierwsze zdanie, ale podoba mi się, zatrzymam je, użyję go później. Wymyślenie końca, a potem dojście od końca do początku czasami trwa półtora roku, czasem dwa lata. Kiedy już to się staje, znam całą historię i mogę zacząć pisać. Liczą się zdania. Nie wiesz, jak opowieść zabrzmi, dopóki nie usłyszysz jej głosu, brzmienia zdań, to, jaki ton nadadzą całości.

A czy pisanie scenariuszy wygląda podobnie? Został Pan nagrodzony Oscarem za najlepszy scenariusz adaptowany według własnej powieści "Regulamin tłoczni win". Pisanie scenariusza na podstawie Pańskich książek musi być łatwiejsze. Są bardzo "kinowe".

- Słowa "kinowy" używa się dzisiaj, mówiąc o pisarstwie, którego styl jest wizualny. Mój taki właśnie jest. Chcę, żeby moi czytelnicy mieli możliwość zwizualizowania sobie tego, o czym czytają. Jednak nie użyłbym przymiotnika "kinowe" w stosunku do moich książek. Tak naprawdę nie przepadam za kinem. Dorastałem, oglądając sztuki, kocham teatr. Moim pierwszym zainteresowaniem był teatr, aktorstwo, scena - jeszcze zanim zająłem się pisaniem. Nie wiem jednak, czy byłbym zdolny napisać sztukę teatralną. Teatr nie jest wizualny. Akcja w sztuce, na scenie nie dzieje się poprzez jej wizualne opisanie. Pisanie scenariuszy idzie mi dość łatwo, bo moje powieści są bardzo wizualne. Ale kina zbytnio nie cenię. Oglądam dużo filmów, gdyż jestem członkiem Akademii, więc głosuję co roku na filmy nominowane do nagród, ale nie przepadam za tym.

Mógłbym pisać scenariusze, ale kocham pisać powieści, a bardziej niż kino lubię chodzenie do teatru. Był taki okres w moim życiu (kiedy miałem 20 kilka lat), kiedy nie wiedziałem, czy związać się z teatrem, czy zostać pisarzem. Kiedy wyszła moja pierwsza powieść, zrozumiałem, że nie mogę robić obu rzeczy jednocześnie. To, co jest wizualne w moich powieściach, nie pochodzi z filmów, ale od Dickensa, Melville'a. Oni są moimi mistrzami.