"Another Brick in the Wall", "Wish You Were Here", czy "High Hopes" - te kawałki słyszał chyba każdy, nawet jeśli specjalnie nie interesuje się muzyką. Zespołu Pink Floyd nie sposób było przegapić. Ale ponieważ Roger Waters, David Gilmour i Nick Mason zajęli się własnymi sprawami, to koncertowych wykonaniach ich wspólnych hitów możemy zapomnieć. Chyba że zaufacie podróbce - zespołowi Australian Pink Floyd Show. Wobec nich słowo podróbka wypada zresztą obraźliwie.



- Wszystko zaczęło się pod koniec lat 80. w Adelajdzie, kiedy doszło do spotkania kilku gości zafascynowanych Pink Floyd. Nie tylko chcących słuchać ich muzyki, lecz także ją grać. I to jak najdokładniej! To zresztą nadal jest naszym celem - podkreślał Colin Wilson, basista APFS, w wywiadzie dla "Metra" rok temu. - Dziś nie możemy już zobaczyć większości kultowych kapel z lat 70. Jeśli chcemy usłyszeć na żywo ich muzykę, możemy liczyć jedynie na tribute bandy.

Niektórzy twierdzą, że Australijczycy, którzy grają ponad sto koncertów rocznie, są już lepsi niż sami Floydzi. Nawet jeśli to przesada, warto zobaczyć ich na żywo. Ich koncerty to spektakle wypełnione pokazami świateł, laserów i trójwymiarowych projekcji. Wykorzystują ten sam ekran, który Pink Floyd mieli ze sobą podczas trasy promującej album "The Division Bell" w 1994 r., zatrudniają tych samych techników, a ich wykonania są tak wierne oryginałom, że sławni muzycy pobłogosławili swoim naśladowcom. David Gilmour poprosił ich nawet, by wystąpili na jego 50. urodzinach.