Z Czesławem Mozilem, muzykiem i jednym z jurorów"X Factor" rozmawia Artur Tylmanowski.



Ciężko było się do Ciebie dobić, kiedy nagrywaliście"X Factor". A na spotkanie z tobą przyprowadziła mnie ochrona...

- Chyba jako pierwszy artysta alternatywny mam swojego własnego ochroniarza (śmiech). To bardzo miły pan, który mnie cały czas pilnuje. Jak wychodzę do ubikacji, on czeka przed wejściem, bo mogę się przecież zgubić.

Łatwo jest oceniać innych?

- Bardzo trudno, bo jestem wrażliwym człowiekiem. Ale już mam wprawę. Uczyłem w szkole muzycznej w Danii gry na akordeonie - dzieci, dorosłych, starsze osoby. I żeby ich czegoś nauczyć, musiałem być konsekwentny i surowy. Byłem też jurorem na konkursach kapel rockowych. Do oceniania ludzi w "X Factor" podchodzę bardzo poważnie.

To program komercyjny. Nie zdradziłeś alternatywy?

- Zawsze odmawiałem takich rzeczy. Myślałem: branża i fani mnie wyklną. Ale jestem wolnym człowiekiem. Zawsze kierowałem się tym, na co ja mam ochotę, a nie tym, co o mnie myślą inni. W Danii jest już czwarty sezon "X Factor", a finał tego programu oglądało w Kopenhadze na stadionie narodowym 40 tysięcy ludzi. Czujesz potęgę? Kiedy dostałem propozycję udziału, nie wahałem się ani chwili. Poza tym nigdy nie wykluczałem tego, że zwiążę się z telewizją.

Może ty już nie jesteś w undergroundzie?

- No właśnie, jak mogę być w undergroundzie, skoro w ciągu dwóch lat zagrałem 500 koncertów! To już jest mainstream. Na imprezie od pewnej polskiej piosenkarki usłyszałem, że bardzo jej się nie podoba mój udział w "X Factor". Ale to ona zagrała więcej komercyjnych koncertów na bankietach i firmowych eventach.

Nie obawiasz się, że tak się wkręcisz w telewizje, ze rzucisz muzykę?

- Na rozmowę z producentami przyjechałem, gdy miałem już zaklepaną trasę z Lao Che. Gdyby program w niej przeszkadzał, zrezygnowałbym. Muzyka jest dla mnie najważniejsza. Z drugiej strony - wielu ludzi zmienia swoje zawody. Mnie się marzy otwarcie knajpy. I co? To też jest niemuzyczne?

Jestem o ciebie spokojny. Właśnie nagrywasz dwie płyty, a dzisiaj koncertem w warszawskim Palladium rozpoczynasz trasę z Lao Che.

- Tak. W kwietniu wyjdzie DVD z moim koncertem, który jako Czesław Solo Act zarejestrowałem w klubie Chwila Zbigniewa Hołdysa, oraz dokumentem, który pokazuje mnie jako grajka jeżdżącego po małych miejscowościach. Z tej strony mało kto mnie zna. Zanim wydałem płytę "Debiut" moim marzeniem było wpadać z akordeonem do małego miasteczka i grać tam za nocleg, alkohol i jedzenie. I teraz to realizuję. Jako Czesław Solo Act gram dla 100-150 osób w takich miejscowościach jak Czarnowąsy czy Strumień. Poza tym z moimi muzykami robimy płytę "Czesław Śpiewa Miłosza".

Dlaczego wziąłeś się akurat za Miłosza?

- Mieszkam w Krakowie na ulicy Bogusławskiego, a Miłosz ostatnie 10 lat mieszkał dosłownie naprzeciwko. Na początku pomyślałem: nie przeczytałem ani jednego wiersza Miłosza, ale chcę się w tym zanurzyć. Jeśli znajdę w tym coś pięknego dla siebie, to chcę to zrobić. No i znalazłem. Płyta ukaże się jesienią.