Zaranek szczególnie upodobał sobie nękanie kobiet. Bił staruszki, dzieci i ich matki. Wielokrotnie skazywany sześćdziesięciolatek próbował wyciągać od nich renty, okradał sklepowe kasy i szukał jedzenia. Jego historią w 2005 roku żyła cała Polska. Mężczyźni z małej warmińskiej miejscowości Włodowa nie wytrzymali bezradności policji i obojętności lekarzy. Ich bezsilność doprowadziła do tragedii. Bili Zaranka łopatami, zderzakiem, wszystkim, co mieli pod ręką. Rzucili się na niego w szale, jak sfora wilków. Tak, w świetle prawa dokonali zbrodni. Tak, musieli stanąć przed sądem. Ale "Lincz" w reżyserii Krzysztofa Łukaszewicza ich nie ocenia.



Z dokumentalną precyzją, choć to film fabularny, odsłania przed widzem kulisy dramatu mieszkańców Włodowej (nazwa miejscowości i imiona bohaterów zostały zmienione) i nieszczęścia Zaranka. Wiesław Komasa wcielił się w okrutnego drania tak dobrze, że gdy zobaczyłam go na żywo, wzbudził we mnie najgorsze uczucia. Spocony, z niewinną twarzą starca, ubrany schludnie, za pomocą minimalnych środków aktorskich stworzył postać człowieka okrutnego, niezwykle silnie działającą na wyobraźnię. Nie dziwię się, że mieszkańcy wsi na kogoś takiego podnieśli trzonek od łopaty.

Nie dziwi się też temu mecenas Małgorzata Lubieniecka (w filmie Tamara Arciuch). Prawdziwy obrońca braci Winków (w filmie - Gradów) żyła sprawą pięć lat. Świeżo upieczona adwokat rok po zakończeniu aplikacji dostała sprawę, która zmieniła jej życie. Lubieniecka do tej pory przyjaźni się ze swoimi klientami. - Nie zawahałabym się wziąć tej sprawy jeszcze raz, choć trudno było oddzielić bycie prawnikiem od bycia człowiekiem. Informowanie ich o tym, że przegrywamy, było jednym z najtrudniejszych wyzwań - przyznaje Lubieniecka. Jej zdaniem ten film jest bardzo ważny dla ludzi z Włodowej, szczególnie dla dzieci, których ojcowie zostali skazani. - Mogą pokazać światu, jak było, i nie wstydzić się - podkreśla. Ale mimo wszystko "Lincz" to dla nich rozdrapywanie starych ran. - Marlena, żona jednego z braci Winków, przepłakała cały film - opowiada mecenas.

Bo niestety nikt z władz nie wpadł na pomysł, żeby wysłać do Włodowej psychologa. Bezradność i indolencja urzędników to zdaniem Lubienieckiej główna przyczyna tragedii. - Co to za tłumaczenie, że nie ma radiowozu - podnosi głos prawniczka, gdy pytam o źródło historii. Gdyby stróże prawa nie zawiedli (skazani również w rzeczywistości) ludzie nie musieliby barykadować się w domach, trzymać wart przy drzwiach, nie musieliby przez prawie rok żyć w paraliżującym strachu. - W kilkudziesięciominutowym filmie trudno pokazać pięć lat pracy czy rok nękania - mówi prawniczka. - Ale fabuła Łukaszewicza wiernie pokazuje to, co się wydarzyło. Nawet rozkład budynków w filmie jest taki w prawdziwej Włodowej.